środa, 5 lutego 2014

Rozdział XIII.

Odwróciłam się, samochodu nie było jeszcze widać, wymieniałam z Ginny porozumiewawcze spojrzenia i pobiegłyśmy za tylną ściane domku, chciałam się oprzeć, ale nie było takiej możliwości, wszędzie walało pełno desek, pni i drewna, prawdopodobnie na opał, usłyszałam zamykane drzwi samochodu i ogarnęła mnie panika, mój oddech stał się płytszy, a serce waliło jak szalone. Zauważyłam, że nie ma koło mnie Ginny, zaczęłam się nerwowo rozglądać, cholera! Wcięło ją!
Zamknęłam oczy, przełknęłam ślinę i nabrałam głęboko powietrza w płuca... Podeszłam do skraju ściany, odgarnęłam włosy i wyjrzałam zza niej. Jakieś z 10 metrów ode mnie stał duży srebrny dżip, rozmawiało przy nim 4 wysokich umięśnionych mężczyzn i... Ginny, mówiła coś, ale jej nie słyszałam po chwili mnie zauważyła a ja spojrzałam na nią groźnie i kiwnęłam głową by do mnie przyszła, wróciłam w ' bezpieczne ' miejsce, kiedy dziewczynka zmaterializowała się przede mną.
- Demi to oni! - krzyknęła trochę podekscytowana.
- Świetnie! A po jakiego grzyba tam poszłaś? - spytałam szeptem. - Liczyłaś, że cudem Cię usłyszą i grzecznie zaprowadzą do mamy? Albo, że mnie zauważą, jak będę cię szukać? Żeby mnie też za... - przerwałam i nieznacznie się skrzywiłam. - Przepraszam. - bąknęłam i spojrzałam na nią spode łba, ta wpatrzona była w jakiś punkt nade mną, stałyśmy tak chwilę w milczeniu wsłuchując się w rechot morderców Ginny.
- Co robimy? - odezwała się nagle nieśmiało, spojrzałam na nią, a ta uśmiechnęła się blado, westchnęłam i wyjęłam telefon, na szczęście miałam zasięg, wybrałam 997 i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Komenda miejska policji w... - skądś znam ten głos.
- Margaret? - spytałam cicho.
- Co? Eeee, Crystal?
- Tak, to ja. Słuchaj, nie pytaj skąd, jak, dlaczego, ale jestem przy jakimś domku, niedaleko ulicy mm... Perla! Perla 39, ten adres widziałam zanim wbiegłam do lasku. Błagam przyślij tu jak najszybciej kilka radiowozów, to tu zabili Ginny, niestety nie wiem co z jej mamą, błagam szybko!
Rozłączyłam się i odetchnęłam mówiłam jak najszybciej umiałam, znów podeszłam do ściany i zauważyłam, że mężczyźni idą w stronę domku, spanikowana odskoczyłam.
- Co się stało? - spytała zaniepokojona Ginny.
- Nie nic, wchodzą do środka. - odpowiedziałam, usiadłam i podsunęłam kolana pod brodę. - A teraz czekamy na policje. - uśmiechnęłam się do niej blado.
- A może tu wejdę i zobaczę czy mama jest w środku? - spytała z nadzieją.
- Ja.. Jeśli jest to chyba ją usłyszymy nie? - ta spojrzała na mnie przestraszona, tak Demi mów dziecku, że zaraz usłyszy, a może nawet zobaczy jak torturują jej matkę. - To znaczy.. Ech no wiesz... Albo nie wiesz. - walnęłam czołem o kolana. - Już się nie odzywam. - mruknęłam zrezygnowana, poczułam jak Ginny siada obok mnie, prawdopodobnie dotknęła moich pleców, bo aż się wzdrygnęłam.
- Nie jestem zła, chyba cię nawet rozumiem. - spojrzałam na nią, a ta uśmiechnęła się pocieszająco. - Dziękuje, że mi pomagasz. - do moich oczu napłynęły łzy, była taka kochana, taka dojrzała psychicznie, taka śliczna, taka młoda, a jej już tak naprawdę nie ma i nie będzie, nikt nie usłyszy jej głosu, jej radosnego uśmiechu, nie zobaczy jej pięknych oczek, przecież jeszcze tyle mogła w życiu osiągnąć... Jedna łza spłynęła po moim policzku, czułam nienawiść, nienawiść do mężczyzn w środku, to oni powinni cierpieć, jak siostra i mama Kastiela, boże jak on Sobie z tym radzi…?
Ledwo się zorientowałam, a byłam już cała we łzach, pozbyłam się ich wewnętrzną częścią dłoni i westchnęłam, spojrzałam na zegarek, 5 minut temu zadzwoniłam na policję ostatnio uwinęli się dość szybko, pozostaje czekać, schowałam ręce do kieszeni i uśmiechnęłam się niepewnie do mojej towarzyszki...
Siedziałyśmy tak już 15 minut, byłam głodna, przemarznięta i zmęczona z środka nie było nic słychać, no może co jakiś czas jakieś postukiwania, ziewnęłam i nagle usłyszałam gruby męski głos, jakby stał za mną, odwróciłam się, a to szok - deska i ściana.
- Chyba czas trochę tu nagrzać.
- To idź po deski, ja się w tą zimnice nie ruszam!
- Zaraz tu cwelu będzie taka sama, jak tam nie wyjdziesz.
Jego rozmówca prychnął.
- Kondzio!
- Co jest? - rozległ się niesłyszany dotąd głos.
- Rusz jajka po drewno.
- A nie mamy jakiegoś ciała do spalenia? - spytał rozbawiony, a ja otworzyłam buzię ze zdziwienia.
- Jakieś się znajdzie, ale Ty wystarczająco tu śmierdzisz. - odrzekł mu jeden i dwójka ryknęła śmiechem.
- No dobra pójdę. - odezwał się ''Kondzio''
Siedziałam tak chwile, aż coś Sobie uświadominał - cholera idzie tu! spojrzałam z przerażaniem na Ginny, a najgorsze było to, że nie wiedziałam z której strony przyjdzie, zerwałam się na równe nogi. Myśli Demi! Myśl! Złapałam się za głowę i spojrzałam na Ginny.
- Z-zobacz czy idzie z prawej. - szepnęłam zdenerwowana, po chwili Ginny stanęła gdzie miała i pokiwała przecząco głową, ruszyłam na palcach w jej kierunku , byłam już przy ścianie gdy usłyszałyśmy trzask drzwi, kurwa! - dopiero wyszedł.
- Jednak idzie z tej! - krzyknęła, a ja spojrzałam na nią przerażona i ruszyłam biegiem w drugą stronę, potknęłam się o kłodę, upadłam i ręką przewróciłam jakąś belkę, wstałam i schowałam się szybko przy ścianie, oczywiście były tam okna, więc musiałam się położyć.
- Co do cholery... - usłyszałam mężczyznę, no wytłumacz Sobie że szopy!
Na szczęście do drążył tematu słyszałam jak zbiera kilka kawałków drewna, nagle Ginny stanęła na przeciw mnie, przykucnęłam.
- Będzie wracał tędy! - krzyknęła z histerią. Że co?!
Jak piesek pędem ruszyłam w stronę ściany gdzie znajdowało się wejście, stanęłam i zobaczyłam, że klamka się ruszyła, ruszyłam biegiem za kolejną ścianę, tuż przy rogu drzwi się otworzyły, a ja zaplątałam się o własne nogi i wywaliłam uderzając w ścianę.
- Co tak długo? - usłyszałam kpiący głos mężczyzny.
- Stary słyszałeś to? - panikowałam, dochodziłam już do ściany z deskami.
- Co?
- No coś walnęło i wcześniej tam przy deskach...
- Popadasz w paranoje koleś - no i oczywiście na moje nieszczęście potknęłam się, a kawałek drewna który z hukiem upadł na ziemie
-Cholera. – mruknęłam.
- Albo i nie..
Idą. Zaczęłam się znów czołgać, ale brakło mi sił na cokolwiek, stanęłam po środku ściany, a oczy nabiegły mi łzami, nagle z jednej strony pojawił się jeden a z drugiej drugi, uśmiechnęli się do Siebie szyderczo, a ja bez celu zrobiłam krok w tył, w tym samym momencie oni wykonali krok do przodu.
- ZOSTAWCIE JĄ!!! - zobaczyłam przed Sobą Ginny, a kilka desek upadło na ziemie, wyobrażałam Sobie że duchy mają większe możliwości…
- No i zobacz co zrobiłaś, musisz nam za to zapłacić. - jeden z nich złapał mnie za łokcie.
- Najlepiej w naturze piękna. - drugi stanął z przodu, złapał mój podbródek, wygięłam plecy w łuk kopnęłam go w krok, tak że upadł na kolana, wtedy dostał z buta w twarz, drugi zdziwiony lekko rozluźnił uścisk, korzystając z jego chwili nieuwagi szybko uderzyłam go łokciem w splot słoneczny, jęknął i mnie puścił, przyjęłam pozycję wyjściową i kopnęłam go w to samo miejsce gdy się skulił złapałam go za gardło i podcięłam nogi upadł na ziemie, chciałam uciec ale złapał mnie za kostkę i upadłam.
- Puszczaj mnie potworze! - krzyknęłam.
- EJ! DAWAJCIE TU SZYBKO! - krzyknął, wtedy podszedł do nas drugi, odpowiednio chwyciłam go za nogę i upadł, przewróciłam się na plecy usiadłam i z pięści uderzyłam go w żyły więc zwolnił uścisk, wstałam i pobiegłam, prosto w objęcia nowo przybyłego mężczyzny, trzymał mnie w żelaznym uścisku.
- No puszczaj do cholery! - szarpałam się jak jakaś chora. -No już! - warknęłam. - Puszczaaaaaj! AAAAAAA! - zaczęłam piszczeć z nadzieją że to coś da, otoczyli mnie we czwórkę, byłam niemal pewna, że to mój koniec.
***

Dosłownie wrzucili mnie do domu, straciłam równowagę, ale po chwili ją odzyskałam, stałam w jakimś obskurnym zielonym przedpokoju o szerokości rozłożystości moich ramion, nagle poczułam ostry ból w okolicy krzyża i poleciałam do przodu, jeden z nich mnie kopnął... Uniknęłam kolejnego ciosu wbiegając do jakiegoś pomieszczenia. - kwadratowy pokój, szare betonowe ściany, stół i krzesło, no pełen luksus.
Znów poczułam ten ból i wpadłam na ścianę, uderzyłam w nią głową i osunęłam się po niej, chyba byłam gotowa na śmierć, nie okaże słabości, umrę z honorem. Stanęłam na równych nogach i spojrzałam po kolei na twarz każdego z oprawców. Nagle w pokoju zrobiło się jakoś jaśniej, bardziej... niebiesko? Margaret!
Mężczyźni spojrzeli przestraszeni przez okno.
- Ścierwo! Dzwoniłaś na policje?! – uśmiechnęłam się nieznacznie. - Włóżcie jej coś do gęby i schowajcie, wyjdę i powiem, że to był głupi żart nastolatek. - zarządził jeden, a tamci kiwnęli głowami.
Co? Nie ma mowy!
Rozejrzałam się obok mnie stało krzesło, rzuciłam się w jego kierunku, byli zaskoczeni, podniosłam je i już miałam w nich rzucić, ale wpadł mi do głowy lepszy pomysł, rzuciłam nim w okno, rozbiło się.
- HEJ! TUTAJ! SZYBKO! - krzyczałam ile sił w gardle.
- Ty głupia suko. - odwróciłam się, ten którego załatwiłam kopniakiem w twarz i krocze mierzył do mnie z broni, sparaliżowało mnie.
- NIE! - krzyknęła Ginny, właśnie stała między nami, broń wyleciała mu z ręki, spojrzał na mnie zszokowany, miałam z resztą podobną minę, nagle usłyszałam strzał a na czole mężczyzny pojawiła się czerwona plama, zakryłam usta dłońmi, postrzelony upadł na kolana i na twarz, koło niego pojawił się... on... Chwilę patrzył na ciało, by zaraz podnieść wzrok na mnie, serce przestało mi na chwilę bić i co teraz? Mężczyzna uśmiechnął się złowieszczo i wyprostował, w tej chwili za nim pojawiła się jakby... szara dziura, i wyszło z niej pięć par rąk, jedna złapała go za nadgarstki jeden nadgarstek, druga za drugi, trzecia i czwarta zajęły się kostkami, a piąta chwyciła go za szyje, przeszedł mnie okropny chłód, nasze spojrzenia się skrzyżowały, z jego oczu wyczytałam strach, krzyknął przeraźliwe, a ręce wciągnęły go do dziury.
Stałam w wpatrywałam się w ścianę jak zaczarowana, do pokoju wszedł jakiś policjant i spojrzał na mnie zdziwiony, musiałam być strasznie blada, wyciągnął do mnie rękę i poprowadził na zewnątrz, spostrzegłam Margaret, spojrzała na mnie z troską i przytuliła.
- Boli Cię?
- Co? - spytałam i spojrzałam na nią dziwnie.
- No głowa... – pokazała mi rękę, którą przed chwilą gładziła mnie po włosach, była zakrwawiona, wtedy dopiero poczułam, że mnie boli i sama się tam złapałam. - To chyba niewielkie rozcięcie, idź do karetki. - uśmiechnęłam się do niej niepewnie i ruszyłam we wskazanym kierunku.

***

Pojechałam do szpitala, umyłam głowę i miałam założonych kilka szwów, musiałam dokonać jeszcze kilku formalności, więc siedziałam na szpitalnym łóżku myśląc o wszystkim co się wydarzyło, a przede wszystkim o tym gdzie jest Ginny, nie widziałam jej od czasu gdy wytrąciła tamtemu broń.. I co z pozostałymi dwoma? Nie było ich gdy tamten do mnie mierzył. Z rozmyśleń wyrwał mnie odgłos otwieranych drzwi, spojrzałam w tamtym kierunku, do pomieszczenia weszła Margaret.
- Hej. - odezwała się, a ja kiwnęłam głową, usiadła na łóżku na przeciwko nic nie mówiąc, wpatrywałam się w nią, w końcu nie wytrzymałam i zaczęłam.
- Co z tymi facetami? Czy ktoś jest ranny? Co z mamą Kastiela?
- Siedzą w areszcie, przyznali się do winy, to znaczy troje, czwartego zabiłam. - skrzywiła się, a więc to ona strzeliła.. - Wszystko w porządku, próbowali uciec, ale ich złapaliśmy, jedyną ranną w sumie jesteś Ty, a co do mamy Kastiela... Znaleźliśmy ją.
- Żyje? - spytałam z nadzieją, a Margaret spuściła głowę.
- Nie. - odpowiedziała, a ja poczułam jakby upłynęła ze mnie cała energia, miałam ochotę się położyć i leżeć... i leżeć... Biedna Ginny... Biedny Kastiel... - Znaleźliśmy ją w jakiejś szafce w piwniczce. - mówiła lekko drżącym głosem.
- Przykro mi. - odpowiedziałam ze współczuciem.
- Dzięki... Wiesz po co przyszłam? - spojrzałam na nią unosząc jedną brew. - Co? Znów byłaś w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie?
Wtedy do pokoju wszedł lekarz.
- Pani Waters? - spojrzałam na niego, a ten uśmiechnął się delikatnie. - Jest pani wolna.
Skinęłam głową, wstałam i ruszyłam w stronę wyjście, w drzwiach rzuciłam tylko:
- Tak. - i wyszłam.

***

Dojechałam do domu o 21, Iris była w Swoim pokoju i słuchała muzyki pewnie nawet nie wie, że przyszłam, cóż... Niech tak zostanie. Weszłam pod prysznic, zjadłam makaron z jajkiem i położyłam się do łóżka, kiedy zadzwonił mój telefon, spojrzałam na zegarek 22.01
- Halo?
- Halo? HALO?! Gdzie Ty do cholery jesteś?! - oj Iris, Iris.
- W Swoim pokoju mośku. - zachichotałam, dziewczyna się rozłączyła i 5 sekund później otworzyły się drzwi do mojego pokoju. stała w nich Irys na jej twarzy malowało się rozgoryczenie, szok i niedowierzanie, nie wytrzymałam i wybuchnełam śmiechem.
- Ale śmieszne! Martwiłam się! Myślałam już, że znowu wylądowałaś w szpitalu!
- W sumie to się nie myliłaś. – wzruszyłam ramionami, a Irys oczy niemal wyszły z orbit. – No co? Przewróciłam się, uderzyłam głową w ścianę i no wiesz, karetka, kilka szwów, nic wielkiego. – uśmiechnęłam się do niej pocieszająco.
- Nic wielkiego! – krzyknęła wyrzucając ręce w powietrze i siadając na moim łóżku. – Przestaniesz w końcu odwalać?
- Postaram się mamo. – mruknęłam. – A teraz idę spać. Mogę?
- Podczas snu Ci chyba nic nie grozi, więc tak. – uśmiechnęłyśmy się do Siebie. – Dobranoc. – rzuciła w drzwiach.
- Branoc. – odpowiedziałam i ziewnęłam, ech… To był długi dzień.

***

Następnego dnia przyszłam do szkoły, minęła pierwsza lekcja, Kastiel nie przyszedł do szkoły. Z resztą. co się dziwić? Pewnie już wie... Po polskim wyszłam na dziedziniec zaczerpnąć świerzego powietrza, spojrzałam w stronę lasku, stała tam Ginny, pomachała do mnie nieśmiało, ruszyłam ku niej usiadłam pod drzewem.
- Wiesz już? - spytałam patrząc na nią smutno.
- Że mama nie żyje? Tak... - odpowiedziała smuszczając głowe. - A ja nadal jej nie znalazłam! - krzyknęła z histerią.
- A nie przyszło Ci na myśl, że... No nie wiem... Że wybrała się na drugą stronę?
- Poczekałaby na mnie!
- Może myślała, że tam jesteś... Stamtąd nie ma odwrotu. Jestem niemal pewna, że na Ciebie czeka.
- Objecujesz? - skinęłam głową, dziewczynka zamknęła oczy i uśmiechnęła się do Siebie, za chwile je otworzyła i z podziwem wpatrywała się w jakiś punkt obok mnie. - Mama. - szepnęła z przejęciem, a łzy napłynęły mi do oczu.
- Widzisz ją? - spytałam i zacisnęłam usta, łza spłynęła mi po policzku.
- Tak, uśmiecha się. Wyciąga do mnie rączke. - uśmiechnęła się szeroko.
- To... Idź do niej. - wstałam i otarłam łzy, a ta zrobiła krok do przodu i jeszcze spojrzała na mnie.
- Dziękuje Ci Crystal. Pomogłaś mi. Pomożesz Kastielowi? Nie chcę żeby się smucił.
- Oczywiście. - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Ciekawe dlaczego Twój kolega do mnie nie przyszedł. - zmarszczyła czoło.
- Co?
- No ten drugi! Widział mnie i nie przyszedł.
Odwróciła się w moją stronę i poślizgnęła, nieporadnie wyciągnęłam ręce przed Siebie, też jedynie przeniknęły przez prawą dłoń dziewczynki, poleciała do tyłu rozpływając się.
- Co? Nie! Czekaj... Kto... Kto Cię widział...? - wpatrywałam się zaczarowana w miejsce w którym zniknęła.

Rozdział XII.

Wyszliśmy na skraj lasu, żadne z nas się nie odzywało, oparłam się o drzewo, a Kastiel wyjął telefon i po chwili trzymał go przy uchu, rozejrzałam się w poszukiwaniu Ginny,  jednak jej nie ujrzałam, przetarłam twarz, nie mogłam pozbyć się widoku jej ciała, mała dziewczynka, tyle musiała wycierpieć, czym taka niewinna istotka mogła komuś zawinić?... Wydałam z Siebie głośne westchniecie, przede mną stanął Kastiel.
- W porządku? - spytał przyglądając mi się z troską, w tej chwili zapomniałam jaka z niego świnia, widziałam jego jasną stronę, nie był już tylko złamasem.
- Bywało lepiej, ale przeżyje. - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się blado, chłopak złapał mnie za dłoń, przez chwilę wpatrywałam się w nie, po czym niepewnie przeniosłam wzrok na chłopaka, jednak miał spuszczoną głowe, no masz! Zebrało mi się na czułości! Podałam mu drugą rękę, wtedy spojrzał mi w oczy, a ja go przytuliłam. Jego dotyk koił moje nerwy, był po prostu przyjemny, jego mocny uścisk pozwalał odizolować mi się od problemów, poczułam jak odpływają wszystkie troski. Wtuliłam się w jego obojczyk, a on delikatnie gładził mnie po włosach, nie spodziewałam się czegoś takiego z jego strony, byłam niemal pewna, że nikt nie zna go z takiej strony.
- Mają refleks. - odezwał się nagle, a jego oddech przyjemnie gładził mój policzek,  zmusiłam się jedak by się od niego odsunąć, dwa wozy policji i pogotowie jechały w naszą stronę.
Zaparkowali niedaleko nas, szła do nas kobieta około trzydziestki, drobna, nie nabita, miała długie czarne włosy związane z wysokiego kucyka, rysy twarzy nadawały jej charakter  silnej i stanowczej.
- Hej Kastiel.
- Cześć Margaret. - odpowiedział, wkładając ręcę w kieszenie. To on już jest z policją na Ty?
- Mam nadzieje, że to nie jest jakiś żart. - rzuciła.
- Nie. - warknął natychmiast, obie byłyśmy zdziwione jego reakcją.
- No.. to chodźmy. - odpowiedziała zmieszana.
- Crystal. - zwrócił się do mnie Kastiel. - Prowadź. - skinęłam głową i odwróciłam się w stronę lasu, na przeciw mnie stała Ginny, wzrok miała utkwiony w Kastielu, spojrzałam na nią zdziwiona, ta odwróciła się na pięcie i ruszyła tanecznym krokiem w głąb lasu, Margaret zawołała jakiś trzech mężczyzn, poszliśmy w szóstkę, tak jak wcześniej na miejscu byliśmy po 15 minutach.
- To tu. - szepnęłam. - Za krzakiem.
Funkcjonariuszka skinęła do partnerów i razem przeszli przez roślinę, ta wydała z Siebie okrzyk zdumienia, poszliśmy z Kastielem za nimi, jego twarz mnie wyrażała żadnych emocji, za to Margaret? - szok.
- Boże przecież to...
- Ginny. - dokończył za nią Kastiel, spojrzałam na niego zdumiona, a on zamknął powieki.
- Z-znasz ją? - spytałam niepewnie, a on głęboko nabrał powietrza do płuc, nie otwierając oczu.
- To jego siostra. - poinformowała mnie Margaret z zaszkonymi oczami, znów zerknęłam Kastiela... Po jego policzku spływała łza... Spojrzałam na niego ze skruchą, jednak zaraz się uspokoiłam, nie chciałby żeby ktoś się nad nim litował, jednak pod wpływem emocji moje oczy również wypełniły się łzami po chwili pierwsza spływała mi po licu. Nie spuściłam wzroku z Kastiela, nie sądziłam, że kiedyś zobaczę go choćby smutnego. Podeszłam do chłopaka i przywarłam do niego całym ciałem, nie odwzajemnił uścisku, ale czułam, jak z chwili na chwile jego oddech się uspokaja.
- Kastiel nie płacz. Jestem tu, jestem szczęśliwa! Zobacz! - z ukosa zerknęłam na stojącą obok Ginny, kręciła się w kółko. - Crystal powiedz mu to!
Nie. Nie mogłam tego zrobić, wiedziałam, że to tylko pogorszyło by sytuacje, tym bardziej że w pobliżu jest policja, wybaczcie, wolę nie wylądować w izolatce, czy czymś takim...

***

Staliśmy przed lasem, przyniesiono nosze, zamykali Ginny w czarnym pokrowcu, Kastiel siedział na ziemi, uklękłam przed nim.
- Nie patrz na to. - zarządziłam trochę drżącym głosem i przystawiłam czoło do jego czoła łapiąc go za policzki tak by widział jedynie moje oczy.
- Ej! Co ze mną robicie! Czekam na mame! HEJ!!! - krzyczała Ginny, gdy pakowali ją do samochodu. I jak ja mam teraz pójść z nią pogadać?
- Hej. - usłyszałam za Sobą głos Margaret, wstałam i spojrzałam na nią, Kastiel poszedł w moje ślady.
- Tak?
- Pójdziesz ze mną. - poinformowała mnie.
- Czego od niej chcesz? - spytał poddenerwowany Kastiel.
- Sam wiesz jak to działa, przesłuchania i takie tam, taka moja robota, więc zapraszam. - skinęła do mnie głową i wskazała na samochód którym przyjechała, zrobiłam krok do przodu.
- Znalazła ją! Nie wystarczy? - policjantka spiorunowała go wzrokiem, a on nie pozostał jej dłużny.
- Kastiel... - zaczęła, lecz ten jej przerwał.
- Co Kastiel? Gdyby nie ona Ginny wciąż by tam leżala!
- Daj spokój. - powiedziałam dotykając jego ramienia. - To nie potrwa długo, z resztą to takie procedurki... Too... trzymaj się. - uśmiechnęłam się mało przekonywująco i poklepałam go po ramieniu, nie oderwałam jeszcze ręki gdy ujął moją dłoń, wykrzywił twarz w coś na kształt kształt uśmiechu po czym opuścił rękę wzdłuż ciała i skinął głową... Uśmiechnęłam się pod nosem, odwróciłam na pięcie i razem z Margaret podeszłam do samochodu...

***

Siedziałyśmy na komendzie, wzięli wszystkie moje dane i sprawdzili, czy nie ma mnie w kartotece, usiadłam przy biurku, a Margaret po jego drugiej stronie.
- Skąd wiedziałaś, że tam leży? - zaczęła nagle surowym tonem co sprawiło zmianę mojego nastawienia i pozycji, skrzyżowałam ręce na piersi.
- Nie wiedziałam. - odpowiedziałam spokojnie.
- Och, więc mam uwierzyć, że poszłaś na spacerek do lasu, przechodziłaś jakieś dziwne dróżki i całkowicie przypadkiem trafiłaś na jej ciało? - wywróciła oczami.
Wzruszyłam ramionami.
- Mniej więcej. - ta walnęła ręką o biurko, skrzywiłam się, oparła się na nim, a nasze twarze dzieliło 10 centymetrów.
- Słuchaj no kochanieńka, do tej pory byłam miła, ale ze mną nie wolno pogrywać, mam intujcje, a Ty jesteś podejrzana, więc albo się przyznasz, albo...
- Albo co? Wsadzicie mnie? Za nic? Za to, że znalazłam ciało dziecka? Serio? Wyglądam na zabójczynie? - krzyknęłam wyzywającym tonem.
Przez chwile wpatrywała się we mnie.
- Wiedziałaś jak tam wrócić, a byłaś tam raz, podejrzane, nie uwarzasz?
- Działałam pod wpływem emocji, szłam nie wiedząc, że idę, może to przez szok?  - pokręciłam głową. - nie umiem tego wyjaśnić. - co jak co, kłamcą byłam cakiem niezłym.
- Nie mam dowodów, że nie masz z tym nic wspólnego. - warknęła prostując się i krzyżując ręcę na piersi.
- A masz dowody, że mam? - posłała mi zdumione spojrzenie. - No co? Taka prawda. - dalej się nie odzywała. - Nie wiem czy wiesz, ale dwa tygodnie temu miałam wypadek. W piątek wybudziłam się ze śpiączki i wróciłam do domu, cały weekend nadrabiając szkolne zaległości, kiedy miałabym ją zabić? - spytałam roztrzęsiona. - No chyba, że zrobiłam to przed wypadkiem! To nie było ciało leżące około miesiąc, maksymalnie tydzień.
- Skąd to wiesz? - spytała nagle.
- Interesuje się takimi rzeczami. Jeszcze coś?
- Poszłaś Sobie na spacerek, ta?
- Tak, było ładnie, jesiennie, lubie taką pogode, a lasy wyglądają wtedy ślicznie.
Prychnęła.
- Nie ma co, masz charakterek, tak samo jak Kastiel. - niemal się uśmiechnęła, a ja nie wytrzymałam i musiałam spytać.
- Właśnie... Skąd pani go zna?
- Syn przyjaciółki, no i przysporzył nam paru problemów. - uśmiechnęłam się pod nosem, po czym spojrzałam na kobiete spode łba.
- Mogę iść?
Nagle do pokoju wszedł przystojny elegancki 25 latek ze wzrokiem utkwionym w papierach, które trzymał w prawej dłoni.
- Margaret, dzwoniliśmy do Susan, George był u niej. Ani śladu życia. - przysiadł na stoliku przy ścianie.
- A włamania? - zwróciła się do niego.
- Też nic. - wzruszył ramionami i wygiął usta w podkówkę nadal czytając, przerzucił kartke,a w trakcie tej czynności posłał mi krótkie zaciekawione spojrzenie po czym wrócił do lektury i znów się odezwał. - Jutro odbędzie się sekcja zwłok, początkowo można stwierdzić, że leżała tam z tydzień.
Margaret spojrzała na mnie z ukosa i niemal się uśmiechnęła, spojrzałam na Swoje buty i wstałam. Mężczyzna kontynuował.
- Przeszukują las.
- Dzięki Rick, jak będziesz wiedział coś jeszcze, wiesz gdzie mnie szukać. - skinął głową i wyszedł. - Ty też się możesz oddelegować. -westchnęłam i ruszyłam w stronę wyjścia. - Ale będę Cię miała na oku. - usłyszałam, przystanęłam w drzwiach uśmiechnęłam się i ruszyłam dalej.

***

Trochę czasu zajęło mi ogarnięcie jak dojść do domu. Była 17 gdy weszłam do domu, z kuchni usłyszałam głos Irys.
- Gdzie Ty byłaś?!
- Na komisariacie. - odpowiedziałam spokojnie.
- CO?! - krzyknęła zjawiając się w przed pokoju.
- No właśnie to, wiesz... Długo by opowiadać, miałam ciężki dzień. Może opowiem Ci jutro.
Nie wyglądała na zadowoloną, ale wywróciła oczami i wróciła od kuchni.
- Zjesz coś?
- Nie dzięki. Nie mam apetytu. - odpowiedziałam wchodząc po schodach, tak naprawdę byłam strasznie głodna, ale czułam że nic bym nie przełknęła.
Otworzyłam drzwi do pokoju.
- JUHU! - metr ode mnie zmaterializowała się Ginny.
- AA! - krzyknęłam i wpadłam na drzwi.
- Demi? Co jest? Wszystko w porządku?! - krzyknęła z dołu moja kuzynka.
- T-tak! Potknęłam się o własne nogi i upadłam.
W odpowiedzi usłyszałam tylko cichy chichot.
Usiadłam na łóżku, a Ginny obok mnie, nie wiedziałam co powiedzieć.
- Chcę Cię prosić o pomoc. - zaczęła, a ja spojrzałam na nia z troską. - Dobrze?
- Oczywiście.
- TEGO dnia mama zabrała mnie do przedszkola! Wiesz jak było fajnie? Bawiłyśmy się i w ogóle, a najlepsza była zabawa w kółko graniaste, wszyscy się śmiali. - uśmiechnęła się szeroko. - Jak wyszliśmy poszłam z mamą do parku, bawiłam się w kółko graniaste, a ona poszła po lody, powiedziała, żebym tam na nią czekała... No i czekałam, a ona nie wróciła, czekałam minutke, dwie, trzy, dziesieć... A jej nie było. Wtedy przyjechał samochód, jakiś miły pan powiedział, że zabierze mnie do mamusi, a gdy wsiadłam okazało się, że wcale nie był miły! Tylko udawał! Popchnął mnie, a jego kolega mnie związał, słyszałam mamusie, ale jej nie widziałam, była w innym pokoju, ciągle krzyczała, a jak ona krzyczała to ja też, a wtedy mnie bili, i łapali tu. - złapała się za szyjke. - i tu. - ręką powędrowała w okolice uda. - i tu. - posuwała po wewnętrznej jego części ku górze.
- Przestań. - poprosiłam, a pierwsza łza spłynęła mi po policzku.
- Byłam bardzo głodna i chciało mi się pić, ale nic nie dostałam, oni czasem wyjeżdżali, wtedy rozmawiałam z mamą, powiedziała, że przeprasza, że jest jej przykro, że popełniła błąd, a ja płakałam, tak bardzo płakałam, zawsze gdy przychodzili chciałam uciec, ale byłam związana, a wiesz co wtedy myślałam? Że będę jak Kastiel, on zawsze jest taki odważny! A gdybym była tak silna i duża dałabym Sobie radę! Powiedzieli, że to zaczyna być nudne, że nikt nas nie szuka, więc chcieli zrobić coś dla zabawy, ale nie chowanego...Pewnego dnia przynieśli nożyk i jak mama krzyczała, ja byłam cięta, w końcu przestała krzyczeć, była cicho, zaczęłam ją wołać, ale nie odpowiedziała, chyba się bała... o mnie... do pokoju wszedł inny i znów złapał mnie za szyjkę, to bolało! Wtedy mama krzyknęła... i... i  nie wiem co dalej. - przyznała kręcąc głową i wyginając usta w podkówkę.
Co dalej? Umarła... Nie mogłam uwierzyć w to z jaką powagą, dojrzałością i spokojem o tym mówiła pod koniec opowieści byłam już zalana łzami.
- A... W czym ja mam Ci pomóc? - spytałam roztrzęsiona ocierając łzy.
- Czekam na mamusie. Tak jak mówiła wtedy w parku! Crystal pomóż mi ją znaleźć.
- Ale.. jak? - pokręciłam zrezygnowana głową.
- Boje się iść sama. Pomóż mi, zadzwonisz po tamtą panią i...
- A... Nie możesz, no nie wiem. Przetransportować się tam gdzie jest ona. - przerwałam ją zrezygnowana.
- Ale ja nie wiem gdzie to!
- A skąd ja mam wiedzieć?
- Nie widzisz jej? - spytała z nadzieją.
- Nie. - szepnęłam i spojrzałam na nią przepraszająco. Gdybym ja ją widziała ona ją też...
- To może żyje! Proszę! Choć ze mną, może ją znajdziemy!
Zniknęła.
- CRYSTAL!
Wstałam i podeszłam do okna, stała na dole, pokiwałam do niej głową, założyłam płaszcz i zeszłam na dół.
- Irys, wychodzę. I... Nie wiem kiedy wróce. - nie czekałam na odpowiedź, wybiegłam z domu, Ginny stała na środku drogi. Podeszłam do chodnika.
- To dziwne. Z Tobą się nie boje. - uśmiechnęła się do mnie uroczo. - I... Czuje... - pokręciła zmieszana głową, chciałam spytać o co chodzi, wyciągnęłam do niej rękę, a ta zaczęła biec.
- Hej! - nie zatrzymała się biegła dalej, tak naprawdę nie wiem po co, ale biegłam za nią, pierw przez 15 minut, potem pół godziny, godzinę, w końcu padłam zmęczona na trawę, znajdywałyśmy się polance, jakieś 10 metrów od niewielkiego obskurnego domu z czerwonej cegły, Ginny stała przy oknie domostwa, wstałam i podeszłam do niej, ukucnęłam przy oknie, nic nie było widać.
- To mój pokój, tu mnie trzymali... Więc mamę. - zerknęła w prawo i pojawiła się przy będącym tam oknie, znów poszłam w jej ślady, krzesło, lampka, pożółkłe ściany, ale ani śladuj życia. Spojrzałyśmy na Siebie zrezygnowane, gdy nagle usłyszałyśmy warkot silnika.


Margaret


Rozdział XI.

Odwróciłam się w stronę drzwi wejściowych.
- Alexy! - krzyknęłam radośnie i zaraz znalazłam się w jego ramionach.
- Drogi Jezu! Dziewczyno wiesz jak się martwiłem? I tęskniłem? - w odpowiedzi tylko mocniej go ścisnęłam co odwzajemnił, znaliśmy się niedługo, ale nawiązała się między nami silna więź.
- Raczej tęskniliśmy. - usłyszałam przejęty kobiecy głos, wychyliłam się zza ramienia przyjaciela by ujrzeć twarz jego właścicielki, dwa metry od nas stała Rozalia z Violettą, obie przyglądały mi się troskliwie, a Violetta wyglądała jakby miała się popłakać, wyplątałam się z objęć niebieskowłosego.
- Dziewczyny. - szepnęłam i we trójkę się przytuliłyśmy.
- Alexy wrzasnął tak głośno, że cała szkoła usłyszała, że wróciłaś. - zakomunikowała Viola, a ja uśmiechnęłam się do Siebie.
- Do usług. - rzucił radośnie bliźniak i dołączył do nas, teraz staliśmy we czwórkę.
- Boże, dziewczyno. - zaczęło Roza. Ej, Boga w to nie mieszajcie. - Nie odwalaj więcej takich numerów.
- Masz to jak w banku. - wszyscy się uśmiechnęliśmy, drzwi do szkoły się otworzyły, na dziedziniec wyszedł Armin, mój oddech zrobił się trochę płytszy. Chłopak delikatnie się uśmiechnął.
- Miło... - nabrał powietrza przez nos i wypuścił przez usta, wzruszył ramionami, chyba nie za bardzo wiedział co powiedzieć. - Dobrze, że jesteś. - wydusił i wyciągnął do mnie ręce, podeszłam i go przytuliłam, staliśmy tak około 20 sekund.
- Ekhem. - usłyszałam za plecami teatralne odchrząknięcie. - To, że dopiero co wyszłaś ze szpitala nie daje Ci prawa obściskiwania mojego chłopaka. - odwróciłam się i ujrzałam uśmiechniętą Irys.
- Wybacz. - zrobiłam minę niewiniątka, wycofując się i unosząc ręce na znak poddania, ta uśmiechnęła się szerzej i podeszła do bruneta.
- Hej przystojniaku.
- Hej piękna.
Uśmiechnęli się szeroko, Irys oplotła go w pasie, a ten złapał jej łokcie, przywitali się nieco za długim pocałunkiem, coś kazało mi odwrócić wzrok, na szczęście w naszą stronę szedł Kentin, uśmiechając się szczerze, a gdy on się uśmiecha nie potrafię się smęcić, przywitał się ze wszystkimi, a po chwili uwiesiłam mu się na szyi.
- No bez jaj. - wysapał i bez trudu przerzucił mnie na plecy. - Tak lepiej. - powiedział podrzucając mnie, wtuliłam się w jego szyje. - Jak się czujesz? - spytał cicho, zauważyłam, że Rozalia przygląda nam się nieco poddenerwowana.
- W porządku, już nie świruje. - oboje się uśmiechnęliśmy.
- Powinnaś iść do Nataniela. - odezwała się nagle Rozalia, posłałam jej pytające spojrzenie i zeskoczyłam z pleców przyjaciela. - Usprawiedliwienie i takie tam. - wytłumaczyła szybko. - A i siedzimy razem na lekcji.
Uniosłam brwi, nigdy nie zrozumiem tej dziewczyny.
- Idziesz? - spytałam Kentina.
- Nie. Idzie Dajan, zostanę. Do zobaczenia na przerwie?
- Jasne. - uśmiechnęłam się i ruszyłam w kierunku szkoły, nie patrząc na Irys i Armina, przeszłam przez drzwi, a potem przez następne, ktoś uderzył mnie barkiem w ramię, syknęłam cicho, miałam tam siniaka po wypadku, spojrzałam na sprawcę mojego bólu, no taa..
- Hej Amber. - powiedziałam znudzona. - Jak niemiło Cię widzieć.
Przyglądała mi się ze wstrętem.
- Pff, a już miałam nadzieje, że wykitujesz w tym szpitalu. - ona serio to powiedziała? spojrzałam na nią z niedowierzaniem. - Ta, wykitujesz. Teraz wszyscy będą się podniecać ' Och Demi co za szczęście, że żyjesz! ' , ' oh Demi jak miło się widzieć ' , ' och tęskniliśmy ' sratatata - spojrzała na mnie z wrogością. - Jeszcze raz Ci to powtórzę, to moja szkoła i jakby co wiesz, że Ci co trzeba staną po mojej stronie.
Spojrzałam na nią ze znudzeniem, nie robiła na mnie wrażenia, była osobą o jakich istnieniu wiedziałam jedynie z filmów o rozpuszczonych nastolatkach, wyminęłam ją i ruszyłam do pokoju gospodarzy, chciałam zapukać, ale drzwi były uchylone.
- Em, Nataniel? - nikt nie odpowiedział, uchyliłam szerzej drzwi i zajrzałam do środka. - Woho? Oh..
Nataniel siedział z zamyśloną miną przy biurku, nie wyglądał na najszczęśliwszego, weszłam do pomieszczenia i zamknęłam drzwi.
- Przyszłam w sprawie usprawiedliwienia.. Czy... Wszystko w porządku? - spytałam z troską, ja i moje dobre serduszko.
Chłopak podniósł na mnie wzrok i wstał na równe nogi obdarowując mnie bladym uśmiechem.
- Słyszałem was.
- Och, tak Violetta powiedziała, że Alexy naprawdę głośno krzy..
-  Nie. Słyszałem Ciebie i Amber. - spojrzał na mnie z żalem, a ja spuściłam wzrok, czekałam na taką chwilę, a teraz czułam jak może być mu głupio, co udzielało się również mi. - Przykro mi. Przykro mi za to co mówiłem i za to, że Ci nie wierzyłem.
Westchnęłam.
- Miałeś prawo mi nie wierzyć. Trzymałeś stronę siostry. To normalne. - gdy wyobrażałam Sobie tę scenę, moja odpowiedź składała się z wyzwisk, no na pewno nie była miła, ale czułam, że tak trzeba, w sumie taka chyba była prawda, zawsze potrafiłam postawić się w czyjeś sytuacji, ale nic Sobie z tego nie robiłam, teraz czułam, że tak trzeba.
- Dzięki. - zmarszczył czoło i uśmiechnął się pod nosem, po czym podszedł do biurka. - Oczywiście wszystko Ci usprawiedliwię.
Skinęłam głową i ruszyłam w stronę wyjścia, złapałam za klamkę i szarpnęłam.
- Crystal. - spojrzałam na niego. - Szczęście, że żyjesz. - uśmiechnął się. - Miło Cię widzieć.
- Sratatata. - uśmiechnęłam się szeroko, co odwzajemnił i wyszłam.
Na korytarzu zauważyłam Lysandra z Kastielem, do obu miałam dziwny stosunek, bo? Kastiel był dupkiem, a Lysander... Nie potrafiłam Sobie wytłumaczyć jego zachowania, gdy na imprezie wyjawił mi plan tego niedopieszczonego sukinsyna, ale cóż. Chciał dobrze, chłopak mnie zauważył i uśmiechnął się nieśmiało, podeszłam do niego, tak - do niego, stał tam też Kastiel, ale nie zaszczyciłam go choćby spojrzeniem.
- Słyszałem o wypadku.
- Chyba jak każdy. - przyznałam nieśmiało.
- Już wszystko dobrze?
- Mam jeszcze kilka siniaków, ale to nic. - wzruszyłam ramionami.
- Cóż, dobrze Cię znów widzieć. - przytulił mnie nieco nieśmiało, ale gdy odwzajemniłam jego gest ujął mnie mocniej.
- Ciebie też. - przyznałam wciąż go przytulając, zerknęłam na Kastiela który przyglądał mi się zajadle, nasze spojrzenia się skrzyżowały, jego wzrok i wyraz twarzy nie zdradzały tak naprawdę najmniejszych emocji, a czułam jakbym się kurczyła się pod jego spojrzeniem. - Idę jeszcze do łazienki. - zakomunikowałam, chłopak mnie wypuścił.
Weszłam do toalety i przeczesałam włosy przed lustrem, po chwili zadzwonił dzwonek, poszłam pod klasę.
Usiadłam w ostatniej ławce po chwili przysiadła się do mnie Roza, no ta. Nauczyciel zaczął wyczytywać listę.
- Przesłuchanie czas zacząć. - mruknęłam, a dziewczyna trzepnęła mnie delikatnie w ucho. - A! Za co?
- Za marudzenie. - nachyliła się w moją stronę. - Coś mi się nie podoba. - posłałam jej pytające spojrzenie, a w klasie rozległo się nazwisko dziewczyny. - Jestem! - krzyknęła, a zaraz stonowała. - Kentin.
- Masz do niego jakiś problem? - spytałam może trochę zbyt natarczywie, to mój przyjaciel, zawsze go obronie.
- Spokojnie, luzuj majtki kochana. Po prostu nie chcę żebyś cierpiała. - he?
- Waters?! -rozległ się głos nauczycila.
- Jestem! - krzyknęłam. - No wal. - zwróciłam się szeptem do Rozalii.
- Bo on się chyba Tobą bawi. - spojrzałam na nią niepewnie. - Jak Cię nie było, nie odklejał się od jednej laski, nazywa się Rachel, mam Swoje źródła. - wyjaśniła. - Parę razy nawet przyłapałam ich na buziakach. A teraz przyszłaś, to od razu przytulaski, nie podoba mi się to i łaskawie spędzi przerwę z Tobą, a nie z tamtą, a powiem Ci, że jest śliczna.
Nie wiem czemu pozwoliłam jej mówić do końca, pokręciłam głową.
- Rozalia, to nie tak. My jesteśmy przyjaciółmi od czterech lat, jesteśmy nawet jak brat i siostra, nic nas nie łączy, może być z kim chcę, tam samo jak ja. - uśmiechnęłam się.
- Jesteś pewna?
- Tak. - poklepałam ją po ręce. - Ale dzięki za troskę.
- Troszczę się o Swoich. - uśmiechnęła się i otworzyła zeszyt, profesor Hard właśnie zapisywał temat, poszłam w ślady koleżanki...
Lekcje minęły mi dość szybko, właśnie kończyła się przerwa przed angielskim, Amber przyglądała mi się uważnie, kiedy podszedł do mnie Nataniel uniosła zaciekawiona brwi.
- Joł joł. - powiedział z uśmiechem, a ja kiwnęłam głową. - Nie dostałem na Ciebie jeszcze żadnej skargi. - powiedział i dyskretnie skinął w stronę siostry.
- Byłam grzeczna. - wzruszyłam ramionami i się uśmiechnęłam, w tej chwili przez korytarz przeszedł Kentin z Rachel, obejmował ją ramieniem, nawet mnie nie zauważył, ale postanowiłam odpuścić mu kazania. To pierwsza taka sytuacja tego dnia. Nie wiedziałam co zrobić, więc postawiłam na klasykę - tyknęłam Nataniela w brzuch.
- Ej! Mam gilgotki. - skrzywił się i odskoczył do tyłu.
- Ojj, jak mi przykro. - zrobiłam maślane oczka i raz po raz go dźgałam
- Ej! No weź. Okeeej, tak chcesz grać?  - Z łatwością chwycił moje dwa nadgarstki jedną ręką, a drugą mnie dźgnął, jednak nie zareagowałam, ponowił czynność, a ja nadal nic, jednak na widok jego miny zaśmiałam się szczerze.
- Ja nie mam łaskotek.
- Jesteś dziwna. - wygiął usta w podkówkę.
- Ej, może nie jestem normalna, ale żeby od razu dziwna? - spytałam udając smutek.
- Uraziłem Cię? Och, jak mi przykro. - poczochrał mnie po włosach, a wtedy zadzwonił dzwonek, nauczyciel był w klasie, wchodząc do niej układałam z uśmiechem grzywkę, kątem oka zauważyłam, że Amber z gangiem wymienia spojrzenia, a jej usta układają w słowa ' What the fuck ? '

Po lekcji wyszłam do szkoły, cały dzień starałam się o tym nie myśleć, ale teraz to było silniejsze, odruchowo spojrzałam w lewo, dziewczynka ciągle tańczyła, nabrałam powietrza przez nos i ruszyłam spokojnie w jej kierunku, dzieliło nas kilka metrów, zaczęłam ją słyszeć.
- Kółko graniaste, czterokanciaste, kółko nam się rozwaliło, a my wszyscy BUM! - upadła na ziemie i zaczęła się śmiać, była śliczna, miała rude włoski i sukieneczkę, liczyła może 5 lat?
- Hej? - odezwałam się niepewnie.
- Aaa! - pisnęła wstała i schowała się za drzewem.
- Oj. - Co za paradoks, przestraszyłam ducha. - Nie bój się! - przyglądała mi się niepewnie - Ja.. Jestem Cristal, Crystal Waters, a Ty?
- Nazywam się Ginny. - odpowiedziała drżącym głosem. - Mama nie pozwala mi rozmawiać z obcymi.
- Przecież się znamy, wiesz jak mam na imię. - odrzekłam siląc się na uśmiech.
Przekręciła głowę w bok, patrząc mi w oczy. Nagle się uśmiechnęła i oznajmiła:
- No tak. Choć coś Ci pokaże. - wyciągnęła do mnie rękę, a ja spojrzałam na nią speszona, dziewczynka zniknęła.
- Ej! - krzyknęłam, usłyszałam jej śmiech, pojawiła się trzy drzewa dalej.
- No chodź! Ja nie gryzę! - zaśmiała się i ruszyła w głąb lasu.
- Eh, poczekaj! - ruszyłam za nią szybkim krokiem.
Cały czas szła jakiś odcinek przede mną, prawdopodobnie przez to, że ja nie przenikałam przez te wszystkie gałęzie i krzaki na drodze, nie raz gdzieś się zadrasnęłam, szłyśmy tak dobre 10 minut, chciałam się spytać ile jeszcze, gdy nagle ją usłyszałam.
- Jesteśmy! - krzyknęła poważnie, stanęłam na baczność, przede mną stał duży krzak, rozsunęłam jego liście i przeszłam na drugą stronę, czego zaraz pożałowałam. Wydałam z Siebie głośny pisk, choć nawet nie byłam tego świadoma, zakryłam usta dłońmi, zamiast ducha widziałam jej martwe ciało, sporą jego część zakrywała zaschnięta krew, na szyi widać było ślady podduszania, dziewczynka niewidzącymi oczami wpatrywała się w ścianę lasu, po jej twarzy i włoskach chodziły muchy. Cofnęłam się i na coś wpadłam.
- Boże Demi. - usłyszałam za Sobą, nie obchodziło mnie kto to był, po prostu rzuciłam się w ramiona.. Kastiela, tak. Rozpoznałam po zapachu. Wybuchnęłam płaczem, ten głaskał mnie po włosach oddychając ciężko, nagle oznajmił. - Choć.
Przeprowadził mnie trochę dalej, tak bym nie widziała ciała i kazał mi usiąść posłuchałam go jak jakiś piesek, sam uklęknął na przeciw mnie i głaskał pocieszająco po plecach, po dwóch minutach się uspokoiłam.
- Co.. Co Ty tu robisz? - spytałam drżącym głosem, chciałam po prostu pomyśleć o czymś innym.
Wzruszył ramionami, lecz wyglądał trochę blado, nie codziennie widuje się trupy małych dziewczynek.
- Zobaczyłem, że idziesz do lasu, byłem ciekaw po co, a że mnie olewałeś chciałem pogadać, pytanie co Ciebie podkusiło żeby tu iść.
- Nie wiem. - odpowiedziałam natychmiast, chłopak odetchnął głęboko i wstał.
- Choć. - podał mi rękę, po chwili również stałam na nogach. - Musimy stąd wyjść, to środek lasu, nie mam zasięgu, zadzwonimy po policje pogotowie czy coś takiego. - mówił bardzo szybko, widać było, że na siłe utrzymuje spokój, nie wiedziałam po co, to panika jest tu normalnym zachowaniem, nie musisz zgrywać bohatera, bierz przykład ze mnie, jestem wrakiem człowieka! - Myślisz, że znów tu trafisz?
Odwróciłam się, Ginny stała cztery metry dalej i wpatrywała się prawdopodobnie w Swoje ciało, nagle spojrzała na mnie z ukosa.
- Tak. - szepnęłam.


Ginny.

Rozdział. X

Nie ma go...Tym razem na prawdę i już nigdy go nie będzie, przed chwilą stał tu razem ze mną, rozmawialiśmy, a teraz tak po prostu Sobie... zniknął.
Otarłam łzy zewnętrzną częścią dłoni i wstałam, tata nie chciałby żebym płakała... Tata.
Wyciągnęłam rękę przed Siebie i zaczęłam nią machać, byłam pewna że właśnie w tym miejscu przed chwilą się rozpłynął, miałam nadzieje poczuć to, co zobaczył, jednak nic z tego nie wyszło. Westchnęłam, pomodliłam się i odeszłam.
- HEJ! - odwróciłam się i zobaczyłam... mężczyznę z dachu. - Widziałem co zrobiłaś. - odwróciłam się na pięcie i szłam przed Siebie. - Mówię do Ciebie! - zmaterializował się przede mną, miał około 25 lat. - Pomóż mi.
Siłowaliśmy się chwilę na spojrzenia...

***

- Kto to był? - spytałam nadal łkającej dziewczyny, przy wcześniej wspomnianym grobie, na dźwięk mojego głosu lekko drgnęła.
- Mój chłopak. - odpowiedziała drżącym głosem i pociągnęła nosem.
- Przykro mi. - rzuciłam speszona, widząc na czarnej tabliczce datę sprzed tygodnia. - Ja.. Jak to się stało?
Spojrzała na mnie niechętnie.
- Skok z budynku - warknęła, po czym wybuchła płaczem jak małe dziecko. - I to moja wi-wina!
Zamierzałam ją przeprosić, ale właśnie wtedy przy jej boku zmaterializował się... Mike, sądząc po imieniu z tabliczki.
- Wcale nie! To tylko i wyłącznie moja wina! - spojrzał na mnie zakłopotany. - Nie mów tak, byłem kretynem. To tylko moja wina, zostawiłem Cię i... Przestań! - jego dziewczyna rozpłakała się na dobre, a Mike spojrzał na mnie poddenerwowany. - Na co czekasz! Powiedz jej to!
- Niby jak! Nie widzisz jak płacze? - szepnęłam.
- Więc sprawisz że przestanie.
-  Albo, że weźmie mnie za idiotkę. - prychnęłam. - Z resztą, dlaczego leżysz tu, skoro byłeś tam w mieście?
- Moi rodzice tu leżą, chciałem być przy nich pochowany, a tam mieszkałem, będziesz tak gadać, czy zaczniesz działać?!
- Wolę pogadać! - uniosłam się, co nie uszło uwadze dziewczyny.
- Hę? - spytała, wycierając łzy.
- Crystal. - wyciągnęłam o niej rękę, ta wstała i złożyła ręce na piersi.
- Amy. - rzuciła. - Słuchaj... Czego Ty chcesz?
Za nią stał Mike i patrzył na mnie wyczekująco, o mój boże, nigdy nie robiłam nic bardziej dziwnego, chociaż.. nie, nigdy.
- Bo ja... Egh! Słuchaj. Zabrzmię jak kompletna idiotka, ale zanim zadzwonisz gdzie trzeba i przyjadą po mnie mili panowie chcący założyć mi piękny biały fartuszek, posłuchaj. - przytaknęła niepewnie głową. - Mike jest tutaj.
- CO? Wiesz co...
- Posłuchaj! - przerwałam jej. - Niedawno miałam wypadek i nie mam pojęcia dlaczego widzę teraz duchy, wczoraj zobaczyłam Mika.. A teraz przypadek sprawił, że się spotkałyśmy. On...Nie chce żebyś obwiniała się za jego wypadek.
Dziewczyna patrzyła na mnie jak na kosmitkę i po chwili prychnęła.
- To co? Uciekłaś ze szpitala dla obłąkanych, czy jestem w ukrytej kamerze? Mało śmieszne.
- To prawda. - powiedziałam zrezygnowana, a Amy szarpnęła mnie za marynarkę. - Ej!
- Nie waż się żartować ze śmierci Mika. - wycedziła, a imię ukochanego ledwo przeszło jej przez gardło.
- Powiedz jej o Niki. - postałam mu pytające spojrzenie. - No powiedz!
- Niki. - rzuciłam głupio.
- Co?
- Mike mówi coś o Niki. - powiedziałam próbując być jak najbardziej spokojna, dziewczyna puściła mnie i dotknęła ręką brzucha.
- Chcieliśmy tak nazwać dziewczynkę. - uśmiechnął się Mike i z troską spojrzał na ukochaną.
- Tak ma mieć na imię dziewczynka, prawda?
- Skąd Ty to...
- Mike. - wytłumaczyłam.
- A teraz powiedz o chłopcu, powiedz Blake. - uśmiechnął się szeroko.
- A chłopiec to Blake. - rzekłam cicho.
- Pfy, okropnie to wymyślił. - uśmiechnęła się i pomasowała po brzuchu, nie wyglądała na ciężarną.
- Haha, wiedziałem, że się uśmiechnie. Mam nadzieje, że uwierzy, jest w ciąży od dwóch tygodni nawet rodzicom nie powiedzieliśmy
- Skąd Ty po wiesz?  - zwróciła się do mnie dziewczyna. - Znałaś go? Mieliśmy nikomu nie mówić!
- Ależ skąd! Mówię Ci jest tu. -spojrzałam na nią z nadzieją, nie wyglądała na przekonaną, Mike stanął przy Swoim grobie, po chwili jeden ze zniczy się przewrócił, dziewczyna drgnęła i postawiła go na Swoje miejsce. - To on to przewrócił, teraz mi wierzysz?
- Nie. - prychnęła i schowała twarz w dłoniach. - To szaleństwo.
-To zaczyna być już męczące. - zwróciłam się do chłopaka, który patrzył na nas smutno, nagle w głowie zapaliła mi się żaróweczka. - Dotknij jej.
- Co? - spytali jednocześnie, Amy zabrała dłonie z twarzy.
- Dotknij jej, gdziekolwiek. - Amy przyglądała mi się dziwnie, ale ja patrzyłam na chłopaka.
Po chwili zmarszczył czoło i dotknął ją w jakimś miejscu na plecach, a ta wygięła się do tyłu.
- Co.. Co to było! - spytała z przerażeniem.
- Tam ma tatuaż, lilie. - uśmiechnął się.
- Teraz mi mówisz o tatuażu? - wywróciłam oczami, a Amy uniosła brew. - Tam gdzie Cię dotknął, masz tam tatuaż, lilie.
- On naprawdę tu jest. - TAK, TAK, TAK, O MÓJ BOŻE TAAAAAK!
Skinęłam głową, a dziewczyna westchnęła.
- Mike? Ja... Dlaczego? - spuściła głowę a po jej policzkach spłynęły łzy. - To moja wina, dlaczego zrobiłam Ci tą awanturę?!
- Zrobiłaś i miałaś racje, byłem idiotą. - poczułam szklanki w oczach. - Powiedz, że to nie jej wina.
- Mike mówi, że miałaś racje, że był idiotą i nie chce żebyś się obwiniała.
- Niby jak? Pokłóciliśmy się, a... - po jej policzku spłynęła łza. - a następnego dnia przyjechała policja, twierdząc, że ma ' złe wieści ' .
- A niby tak, że to tylko i wyłącznie moja wina. - Amy chciała coś powiedzieć, ale uciszyłam ją gestem ręki, dając znać, że teraz mówi Mike. - Brałem... po prostu wpadłem w złe towarzystwo, często się o to kłóciliśmy, tak jak tamtego dnia. Zapomniałem o naszej rocznicy, nie wróciłem do domu, byłem już ' trzeźwy ' , wyzywałem ją od najgorszych, boże jaki ze mnie idiota, ona oczywiście nie pozostawała mi dłużna, kłóciliśmy się, wyzywaliśmy, a tak bardzo się kochaliśmy, dzień wcześniej mijały 4 lata odkąd byliśmy razem, a ja nie przyszedłem, będziemy mieć dziecko.. mieliśmy wziąć ślub, a ja zawaliłem. No i co? pod wpływem emocji uderzyła mnie, a ja wyszedłem, trzaskając drzwiami, krzycząc coś w stylu, że jak się ogarnie, to może mnie jeszcze zobaczy. - ukrył twarz w dłoniach. - No i co? Gdzie poszedłem? Ćpać. Tak, wróciłem tam skąd przyszedłem. A potem nie wiem jak, mam tylko przebłyski, poszliśmy na ten jebany dach razem z Andrzejem upadł na dachu, a ja stanąłem na krawędzi i zacząłem myśleć o jakiś głupotach, no i stwierdziłem, że polecę dalej, znudziło mi się jedno miejsce. I co? Poleciałem. - zacisnął szczękę i zamknął oczy. - To nie jej wina, tylko moja. Wszystko moja wina, gdybym się jej słuchał, gdybym nie wplątał się w to gówno. - westchnął.
- O-on mówi... - przetarłam twarz i kontynuowałam. - Po waszej kłótni poszedł znów brać, stracił świadomość, znalazł się na dachu i jak to po narkotykach, miał przywidzenia i skoczył. Mówi, że to tylko jego wina, że próbowałaś go od tego odciągnąć, ale był uparty, twierdzi, że zachowywał się jak idiota, jest mu przykro. On naprawdę nie chce żebyś się obwiniała. - czułam, że powinnam powiedzieć coś jeszcze, ale nie wiedziałam co...
- Mogłam temu jakoś zapobiec! Po co zaczynałam awanturę!?
- On wie, że mu się to należało. - uśmiechnął się widząc, że go wyręczam. - Chce żebyś wiedziała, że za jego śmierć nie jest winny nikt, poza nim i jego głupotą.
- Tak za Tobą tęsknie. - powiedziała z oczami zaszklonymi od łez.
- Ja za Tobą też. - odrzekł.
- On też tęskni. - odpowiedziała mi bladym uśmiechem.
- Wiesz... Blake to nie takie złe imię. - wszyscy troje się uśmiechnęliśmy. - Jak chcesz nazwę tak syna.
- Powiedz, że chcę. - uśmiechnął się szeroko, a ja skinęłam do dziewczyny głową, zaraz na twarzy Mike'a pojawił się wyraz zaciekawienia.
- Widzisz to? - spytałam.
- Co? - rozejrzała się Amy.
- Tak, ale. Co TO jest? - zwrócił się do mnie, w odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
- Mój tata tam poszedł, gdy mu wybaczyłam, widocznie Amy już się nie obwinia. Chy-chyba musisz tam iść.
- Gdzie iść?! O co chodzi? - Amy patrzyła na mnie wyczekująco i z nadzieją.
- W światło. - uśmiechnęłam się. - Jest spełniony.
Mike podszedł do niej i złożył na jej czole pocałunek.
- Kocham Cię. - szepnął.
- Ja Ciebie też. - odpowiedziała, zaraz. Co?
Uśmiechnął się i zniknął.
- Odszedł. Ty... Słyszałaś go? - wzruszyła ramionami.
- Zgadywałam. - uśmiechała się, a po jej policzkach spływały łzy. - Dziękuje. - szepnęła.
Poklepałam ją pocieszająco po ramieniu i odeszłam...

***

Gdy wróciłam do domu byłam wykończona, głodna i dowiedziałam się, że jestem medium, no spoko dzień.
Była 16, a Irys jeszcze nie przyszła, zadzwoniłam, okazało się że zaczęła pracę u Leo i będzie w nocy.
Sama ruszyłam na zakupy, zrobiłam obiad, zjadłam, posiedziałam trochę na facebook'u, przed telewizją, pograłam w Dotę i poszłam się umyć i spać.
Cały weekend spędziłam na nadrabianiu materiału, dochodziła 20, niedziela, właśnie kończyłam uczyć się do jutrzejszej kartkówki z historii, gdy Irys weszła do pokoju.
- Jak Ci idzie? - spytała siadając obok.
- Nienajgorzej. - uśmiechnęłam się do dziewczyny.
- I co Tise się nie znalazł...?
- Nope. - odpowiedziałam zamykając zeszyt i przewracając się na plecy, aaaj, jak cudownie.
- Może uda nam się sprzedać te rzeczy. Niemal nieużywane. - pokiwałam twierdząco głową, a dziewczyna się zaśmiała. - Idź już spać, bo widzę, że ledwo na oczy patrzysz. - dźgnęła mnie w bok, a ja się uśmiechnęłam, doczołgałam się do łóżka i wpełzłam pod kołdrę. Irys zgasiła światło. - Branoc maleńka.
- Dobranoc, wielka. - uśmiechnęłam się i już po 5 minutach zapadłam w sen.
Następnego dnia obudziła mnie Irys poranek był dość chłodny, zjadłyśmy, wyszykowałyśmy się i poszłyśmy do szkoły, moja kuzynka po drodze wstąpiła do sklepu, więc do placówki doszłam sama, stojąc przed budynkiem moją uwagę zwróciła mała dziewczyna, bawiąca się samotnie na skraju lasu, kręciła się w kółko, po czym zaraz upadała na ziemie, raz po raz powtarzała czynność, tak mnie pochłonęła, że nie zauważyłam kiedy ktoś wyszedł ze szkoły.
- DEMI!

Rozdział XIX.

Nie wiedziałam czy wciąż żyje. Słyszałam krzyk, szum... Ale nie czułam bólu, z czego byłam bardzo zadowolona, gdybym nie żyła nie czułabym już bólu, byłabym wolna, przed oczyma zaświeciło mi światło, dość słabo, bo miałam zamknięte powieki. STOP! Mam zamknięte oczy? Czyli...
Ostrożnie drgnęłam powiekami, poczułam jak promyki słońca ogrzewają moją twarz jednocześnie rażąc mnie w oczy, więc je zamknęłam.
- Słyszysz mnie? - zmusiłam się do powtórnego otwarcia oczu, słońce mnie już nie raziło, zasłonił mnie cień wysokiego mężczyzny, za nim stała karetka i samochód policyjny. - Halo? Słyszysz  mnie? Coś Cię boli? - pomachał mi ręką przed twarzą, ale nie miałam siły mu odpowiedzieć, a może bałam się? Bałam się odczuć ból gdybym choć drgnęła. - Mark, Shane! Nosze!
Nosze? Dziwne imię... Podbiegło do mnie dwóch mężczyzn, razem było ich trzech, a przecież tylu zawołał, gdzie czwarty? Usłyszałam trzask, zauważyłam, że jeden z mężczyzn rozkłada... NOSZE!
Pozostałych dwóch uklękło po moich obu stronach.
- Nie. - jęknęłam, w tym momencie mnie podnieśli, a moje ciało zabolało niemiłosiernie, każda, najmniejsza cząstka zabolała w najokrutniejszy sposób, wydałam z Siebie okrzyk, jakby obdzierali mnie ze skóry, gdy już leżałam na noszach ból nie ustał, coś gorącego spływało po moich policzkach, a mężczyźni patrzyli na mnie z niepokojem, zostałam wniesiona do karetki, ratowniki medyczny wziął chusteczkę i przetarł nią moje łzy po czym skinął głową do partnera, ten nałożył mi coś na twarz, ból ustał...

***

Sunęłam... Czułam się jak ptak lecący nad rzeką podczas zachodu słońca, cóż za cudowne uczucie... Ale znów wpadłam na genialny pomysł by otworzyć oczy, nie znajdowałam się nad morzem, zachód słońca też raczej nie wchodził w grę, a już na pewno nie byłam ptakiem. Leżałam na łóżku, które prowadziło kilka osób w fartuchach, wszędzie było bardzo biało, poczułam ogromny ciężar na sercu, chciałam znów zapaść w ten cudowny sen, już nawet zamierzałam poprosić o to lekarza, gdy pomiędzy stojącym z przodu a tym z tyłu po mojej prawie pojawił się.. ktoś inny, bynajmniej nie lekarz. Miał na sobie czarny garnitur, a jego czarne włosy powiewały w trakcie biegu.
- Tata? - szepnęłam, samotna łza spłynęła po moim policzku, trudno stwierdzić, czy przez ból związany z wymową tych słów czy ze względu na osobę do której te słowa były skierowane.
I wtedy go zobaczyłam, obrócił się w moją stronę, spojrzał na mnie z troską i z bólem za razem, a potem najzwyczajniej ze zdziwieniem.
- Wi-widzisz mnie? - spytał zmieszany, przeszły mnie ciarki. Był tu. Ten którego głosu miałam już nigdy nie usłyszeć, ten którego miałam już nigdy nie zobaczyć. Najważniejsza osoba w moim życiu była tu ze mną, ale zaraz, no właśnie...
- Nie żyjesz. - szepnęłam i poczułam niepokój, czy to znaczy, że ja...
Przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
- Ale Ty żyjesz. A teraz cii. - przyłożył palec do ust, a wolną ręką dotknął lekarza stojącego z przodu w bark, ten odwrócił się i zmarszczył brwi.
- Frank. - kiwnął głową w moją stronę, znów ktoś przystawił mi coś do twarzy i nastał sen.

***

Otworzyłam oczy, już nic mnie nie bolało, przewróciłam głowę w bok, ujrzałam rząd zaścielonych białych łóżek i ostrożnie się podniosłam.
- Hej! Co robisz! - w moją stronę biegła ruda kobieta. No co nie widzisz? usiadłam Sobie bez bicia, dobra? Podbiegła do mnie i ostrożnie z powrotem położyła, uniosłam jedną brew. - Ja.. Powiem doktorowi, że się obudziłaś. - uśmiechnęła się blado i odeszła. Zerknęłam na szafeczkę po mojej prawej stronie, stało tam kilka bukietów kwiatów i jakieś czekoladki, uu. Po chwili do sali wszedł lekarz, blond włosy z lekkim zarostem, około trzydziestki.
- No w końcu się nam pani Crystal obudziła.
- Ile spałam? - spytałam odruchowo.
- Dwa tygodnie.
- CO!? - krzyknęłam i popatrzyłam na mężczyznę z niedowierzaniem.
- A no właśnie to. - uśmiechnął się ciepło. - Doktor Piter. - przedstawił się. - Coś Cię boli? - pokiwałam przecząco głową. - No cóż, miałaś operacje, byłaś trochę poobijana, miałaś złamaną rękę i skręconą kostkę, widocznie przez ten czas wszystko się ładnie zagoiło. - spojrzał na stolik obok i uśmiechnął się szczerze. - przez ten czas miałaś kilku wiernych odwiedzających. - odwzajemniłam uśmiech, wzięłam pudełko czekoladek, po odpakowaniu, podsunęłam je w stronę lekarza, gdy ten przeglądał moją kartę, zerknął ponad nią i grzecznie odmówił, a ja włożyłam jedną do ust, poczułam jak przeszedł mnie przyjemny dreszcz, zapragnęłam więcej. - Jesteś głodna. - stwierdził. - Pielęgniarka zaraz przyniesie jedzenie, potem się odświeżysz i będziesz mogła iść. - uśmiechnął się i odszedł.

Tak jak powiedział, jakiś czas później pielęgniarka, przyniosła zupę. - rosół, ziemniaki, schabowego, marchewkę z groszkiem, pączka i sok pomarańczowy, wszystko zjadłam w jakieś 20 minut, dowiedziałam się, że Irys przywiozła trochę moich rzeczy, weszłam do łazienki by się umyć, na szczęście przywiozła suszarkę, patrząc w lustro spodziewałam się zobaczyć w nim kogoś jeszcze, niestety, albo stety nie pokazał się, ale był tam. Nie wymyśliłam Sobie tego! Ubrana i gotowa do wyjścia, pożegnałam się z lekarzami wypisałam jakąś kartę i wyszłam.
Przez chwile moje oczy przyzwyczajały się do światła słonecznego, po przetarciu oczu kilka metrów ode mnie stał mężczyzna w garniturze, i uśmiechał się szczerze, zrobiłam krok do przodu.
- Kris! - odwróciłam głowę w stronę osoby krzyczącej, był niedaleko, ale nie miałam czasu na rozpoznanie, odwróciłam się tam gdzie przed chwilą stał tata, taa.. Stał, już go nie było. Znów zwróciłam się w stronę chłopaka, to był...
- Kentin! - poczułam szklanki w oczach i biegiem ruszyłam w stronę przyjaciela. Po sekundzie staliśmy przytuleni, a ja płakałam.
- Tak się bałem, cholera jasna, to była moja wina, wybiegłaś z domu, ja... przepraszam. Dzięki Bogu, że nic Ci nie jest. - mówił tak szybko, że ledwo go rozumiałam.- I przepraszam za ten pocałunek, poniosło mnie. - ujął moją twarz w dłonie i zetknął nasze czoła. - Nie mogę Cię stracić. - wyszeptał, wtuliłam się w jego obojczyk.
- Ja też przepraszam. - szepnęłam. - Jak się ciesze, że Cię widzę. - powiedziałam bardziej do Siebie, a on mocniej mnie ścisnął.
Od obudzenia byłam w szpitalu może półtorej godziny?, ale przez ten czas trochę myślałam. Wiedziałam, że nie mogę go stracić. Jako przyjaciela. Nie umiałam się na niego gniewać, chciałam żeby przy mnie był, nie mogłabym bez niego żyć.
- Widziałam go. - szepnęłam niekontrolowanie, a Kentin wypuścił mnie z objęć i spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Go?
- Tate.
- Co proszę? - spojrzał na mnie jak na kosmitkę.
- Widziałam tatę, po wypadku i..
- Demi, Twój tata...
- Nie żyje wiem! Ale widziałam go nie rozumiesz? - spojrzał na mnie z troską i dotknął mojego policzka.
- Ej, uderzyłaś się w głowę, byłaś półprzytomna, coś Ci się przywidziało. - uniosłam brwi i zabrałam jego dłoń.
- Nie wierzysz mi. - szepnęłam.
- Demi... - zaczął ze skruchą.
- Nie ważne, idź... - On mi nie wierzy, więc nikt mi nie uwierzy.
- Poniosę Ci torbę. - bez słowa mu ją podałam, czułam na Sobie jego zaniepokojone spojrzenie od 15 minut, musiałam zmienić temat.
- Co się działo przez te dwa tygodnie?
- Co? Ah, no więc było słabo. Irys i ja codziennie co Ciebie przychodziliśmy, wszyscy się martwili, przez pierwszy tydzień wasza klasa miała odwołane lekcję, ze względu, na żal czy coś tam...
Później już go nie słuchałam, moją uwagę zwrócił budynek po przeciwnej stronie ulicy, a właściwie jego dach, chodził po nim jakiś mężczyzna w niebieskiej koszuli i brązowych spodniach, koło trzydziestki, przechadzał się w te i z powrotem po budynku ze spuszczoną głową, byliśmy  w połowie budynku, gdy mężczyzna się zatrzymał i zwrócił w stronę ulicy, odruchowo również przystanęłam.
- Demi? - usłyszałam Kentina, ale nie odpowiedziałam.
Mężczyzna szeroko się uśmiechnął i skoczył.
- O MÓJ BOŻE ! - wydarłam się i szarpnęłam Kentina za ramię. - WIDZIAŁEŚ TO!?
- Co? - spytał zaskoczony.
- JAK TO CO! Dzwoń na pogotowie! - upewniłam się, że nic nie jedzie i przebiegłam na drugą stronę ulicy przerażona ruszyłam do miejsca centralnie pod punktem skoku, ale nic tam nie było, poza przyklejonym do betonu skasowanym biletem MPK.
- Demi co Ci jest!? - pobiegł do mnie Kentin, trzymał w ręku telefon.
- Ja... Coś mi się przywidziało. Dzwoniłeś? - zerknęłam na telefon.
- Jeszcze nie.
- To nie dzwoń, chodź do domu.
Ruszyłam na drugą stronę ulicy, a Kentin stał i przyglądał mi się głupio, właśnie tak się teraz czułam, zachowuje się jak kretynka, a potem odchodzę jak gdyby nigdy nic. Jak on ze mną wytrzymuje?.
W końcu do mnie dołączył, ruszyliśmy, nie mogąc się powstrzymać odwróciłam się, ten sam mężczyzna chodził po dachu...

***

W domu Kentin zostawił mnie samą, miał dryndnąć do Irys, że jestem w domu, ale idę spać, bo była gdzieś z Arminem, ponoć spędzali dużo czasu razem, cieszyłam się jej szczęściem. Rzuciłam się na łóżko, nie Irys i Armin, czy Kentin siedzieli teraz w mojej głowie. Co to do licha ma być? Występuje w jakimś słabym filmie, gdzie dziewczyna widzi duchy? Ta, duchy. Mój tata nie żyje. Lekarze go nie widzieli. Tylko ja. Nie mogłam Sobie tego zmyślić.A ten mężczyzna na dachu... Westchnęłam głośno chwyciłam zdjęcie taty, i choć spałam 2 tygodnie znów odpłynęłam do tej beztroskiej krainy. Była 16.55
Obudziłam się następnego dnia o 6.00 zdjęłam bluzę, czułam się nieświeżo, zeszłam na dół Irys robiła śniadanie.
- No cześć? - zaczęłam niepewnie.
- DEMI! - rzuciła się na mnie i natychmiast wybuchnęła płaczem, mówiła trząchając mną w prawo i w lewo. - tak się cholernie martwiłam, co Ty za numery odstawiasz! Boże, jak tęskniłam, jak się bałam! Bry! Nigdy więcej!
Zaśmiałam się krótko.
- Spokojnie nie zamierzam tego powtarzać.
Odsunęła się i uśmiechnęła.
- A jak się czujesz?
- Hę?- Demi wyszłaś ze szpitala, kuzynka ma prawo spytać jak się czujesz, heloł.
- Kentin mówił, że byłaś wczoraj jakaś dziwna... - spojrzałam na nią niechętnie, no co za kutas.
- Tak, wszystko dobrze. Dziś piątek? - skinęła głową. - Idziesz do szkoły? - powtórnie wykonała ten gest, odwróciła się i wróciła do robienia sałatki.
- A Ty?
- Ja co?
- Idziesz do szkoły?
- Nie. Pójdę w poniedziałek. Muszę dzisiaj gdzieś jechać.
Spojrzała na mnie zaciekawiona, udałam, że nie zauważyłam, o nic nie spytała.

Dwie godziny później byłam umyta, przebrana i jechałam taksówką, z zamkniętymi oczami. Bałam się tego co mogę zobaczyć, nie wiem ile jechałam może godzinę?
- Proszę pani?
Otworzyłam oczy.
- 120 zł.
Wręczyłam typkowi banknot, pełna nerwów wysiadłam z taksówki, ruszyłam kupić znicz, dobrze znaną drogą z oczami wbitymi w ziemię szłam cmentarnymi alejkami, aż w końcu doszłam do celu, zapaliłam znicz i położyłam przy grobie kilkakrotnie czytając to co wyryte było na pomniku, nagle moje włosy rozwiał wiatr.
- Cześć kochanie. - zamknęłam oczy i nosem wciągnęłam powietrze, by potem wypuścić je przez usta. Odwróciłam się za jego głosem i otworzyłam oczy.
Stał tam, metr ode mnie i uśmiechał się. Dokładnie tak, jak wtedy w kuchni, w dzień tego pieprzonego wypadku.
- Co nic nie powiesz? Chyba po coś tu przyszłaś.
- To nie można już odwiedzić grobu własnego ojca?!
- Woo, nie tak agresywnie. - uśmiechnął się delikatnie.
Chciałam mu powiedzieć tyle rzeczy, tyle słów cisnęło mi się na usta..
- Zostawiłeś mnie. - wycedziłam przez zęby, to co najbardziej leżało mi na sercu, oczy miałam zaszklone od łez.
- Masz do mnie żal? Skarbie. - westchnął. - Nie rozumiesz, że Twoje życie było ważniejsze.
- Mogliśmy skoczyć oboje! A Ty mnie zostawiłeś! Z nią i z tym szmaciarzem! Ja.. Wolałabym wtedy umrzeć z Tobą nie umiem się pogodzić z tym, że Cię nie ma. - wyszeptałam ostatnie słowa.
- Przecież jestem. - rozstawił ręce, a ja wywróciłam oczami. - Gdybyśmy skoczyli oboje słabo by się to skończyło, miałem skoczyć po Tobie, ale ogień zaczął mnie dosięgać no i spanikowałem. Wybacz mi, nie chce żebyś miała do mnie żal. Zobacz, wyglądam na nieszczęśliwego? Raczej nie. Najważniejsze, że Ty się uratowałaś. Byłem zwykłym frajerem, bogacz z firmą którego zdradzała żona. - wzruszył ramionami.
- Nie mów tak.- on naprawdę tak o Sobie myślał, a ja nie mogłam w to uwierzyć, w moich oczach był niemal Bogiem - To mama powinna nie żyć, nie zasłużyłeś na to, ona tak.
- Nie mów tak. - westchnął.
- Byłeś u niej?
- Raz. Odeszła od tego faceta, pije.. Nie najlepiej u niej.
- Pokarało ją. - stwierdziłam obojętnie.
- Nie mów tak, w końcu to matka.
Chwile patrzyliśmy na Siebie, a ja czułam jakbym rozmawiała z moim tatą z krwi i kości, nie duchem. Zerknęłam w lewo, jakaś kobieta płakała kilka grobów dalej, nad nią stał facet, mówił do niej, lecz ona go nie słyszała.
- I co? Będę tak Sobie teraz widziała duchy?
- W sumie to nie wiem, podczas wypadku uaktywnił Ci się jakiś szósty zmysł. - wzruszył ramionami, no fajnie, że się przejąłeś tatusiu.
- Aha... A Tak w ogóle. Co Ty tu robisz? A co z Bogiem, Niebem i tak dalej?
- Ja.. Coś mnie tu zatrzymało, jak te pozostałe duchy.
- Czyli?
- Ty.
- Ale co? Że mam coś Twojego? - pomacałam nieśmiertelnik w kieszeni.
- Nie nie to. Miałaś do mnie żal, chciałem pogadać.
- Ciekawe co byś zrobił jakbym nie miała '' szóstego zmysłu ''
 Znów wzruszył ramionami.
- No i chciałem się Tobą zająć. Nie radzisz Sobie sama. No i dałem Ci kogoś do otuchy. - uśmiechnął się i w tym czasie zza jego pomnika wydało się ciche miałknięcie.
- Tise! - kot otarł mi się o nogę.
- Ładnie go nazwałaś. - spuścił głowę. - To za nim wyleciałaś z domu, to przeze mnie omal nie zginęłaś. - w jego głosie słychać było gorycz.
- Żyje, wszystko w porządku. - spojrzałam na niego z troską, podniósł głowę i uśmiechnął się blado, miałam ochotę go przytulić, tak jak kiedyś, cały żal zniknął. - Obiecałeś mi kręgle.
Zaśmiał się. A zaraz spojrzał w jakiś punkt ponad mną z ciekawością? Zachwytem?
- Widzisz to?
- Co? - obróciłam się, ale nie zobaczyłam nic nadzwyczajnego.
- To.. To takie piękne. - nieświadomie zrobił kilka kroków do przodu. - Jakby dziura, między światami, i tyle kolorów...
- Co to znaczy?
- Nie wiem... Chyba. Fila! - What?
- Babcia?!
- T-tak. Jest tam, uśmiecha się do mnie. Nie widzisz jej? - odwróciłam się w tym kierunku i pokręciłam przecząco głową. - Chyba muszę tam iść.
- Ale..
- Poradzisz Sobie, kazałem Tisowi wybiec za Kentinem, bo on jest teraz Twoją opoką. I pamiętaj zawsze...
- Będziesz mnie kochał.- uśmiechnęłam się, a on dotknął mojego policzka, w tym momencie przeszedł mnie chłód i między jego dłonią a moim policzkiem przebiegła iskra, przyjemna iskra. Złapałam za policzek, tata się uśmiechnął.
- Bardzo Cię kocham. - szepnęliśmy jednocześnie, zrobił krok do przodu i się rozpłynął.
Uklękłam, a kilka łez spłynęło po moim licu.

cmentarz:
 wyjście ze szpitala:

Rozdział VIII.

Weszłam na górę, zamknęłam drzwi od pokoju i westchnęłam, nie miałam żadnego pomysłu co ze Sobą zrobić, ponoć najlepsze pomysły powstają w kibelku, a że mój jest w tej samej łazience co prysznic, to chyba się zalicza. Weszłam przez zielone drzwi rozebrałam się, włosy miałam czyste więc związałam je w koka, weszłam pod prysznic, by wyjść spod niego 10 minut później, taa - teza obalona! Owinęłam się białym ręcznikiem, weszłam do pokoju i tworzyłam szafę, zaczęłam szukać czegoś z ubrań wiszących na wieszakach, na samym końcu była ona, zdjęłam ubranie położyłam na łóżku by przyjrzeć się jej przez chwilę. - Chyba mnie powaliło. - mruknęłam. Leżała przede mną koralowa, a może bardziej brzoskwiniowa? sukienka, kupiona specjalnie na bal gimnazjalny, wtedy sięgała mi do delikatnie przed kolano, teraz zapewne do połowy uda, westchnęłam, no dobra YOLO, wzięłam z szafy bardotkę pod kolor sukienki i weszłam do łazienki, ubrałam się, sukienka leżała idealnie, w pokoju z szafy wyjęłam beżowe szpilki, a z szkatułki leżącej przy łóżku kolczyki w kształcie serduszek, 18.40, w łazience podłączyłam lokówkę, zrobiłam ten sam makijaż co zawsze urozmaicając go o niewielką czarną kreskę i koralowy cień na powiekach, rozpuściłam włosy i zaczęłam się nimi bawić, rezultat był niesamowity, wyglądałam jakbym naprawdę szła na bal. Spojrzałam na zegarek 19.01, zeszłam na dół goście jeszcze nie przyszli, w salonie był tylko Riley, na mój widok rozdziabił buzie i uniósł brwi.
- Nie sądziłem, że możesz wyglądać jeszcze ładniej. - poczułam, że się rumienie, gdy mnie widział byłam zaraz po obudzeniu ubrana w byle co, jak mogłam mu się wcześniej podobać?
- Dzięki. - podeszłam do konsoli i zaczęłam kręcić jakąś płytą, wydając dziwny dźwięk, chłopak się skrzywił, spojrzałam na niego przepraszająco przygryzając wargę.
- Widać, że to nie Twoja bajka. - uśmiechnął się. - Chcesz się poduczyć?
- Z chęcią. - uśmiechnęłam się i dzielnie stanęłam za konsolą, Riley stanął za mną i złapał za moje dłonie, jedną położył na płycie a drugą na jakimś guziczku, czułam na szyi jego oddech, chyba nie zamierzał mnie uczyć, jego usta były coraz bliżej mojej szyi, a nasze palce się splotły, przymknęłam powieki i oblizałam wargę, nagle do drzwi zadzwonił dzwonek, oboje się wyprostowaliśmy, do salonu z góry wszedł Kentin, a Irys podekscytowana pobiegła otworzyć drzwi, mój przyjaciel przyglądał nam się dziwnie, do salonu weszło kilku nieznajomych mi ludzi, którzy zaraz zaczęli witać się z Kentinem, poza nimi w pokoju pojawili się Armin, Alexy, Violetta i Rozalia, która na mój widok pisnęła radośnie zeszłam z konsoli żeby się z nią przywitać, w tym czasie Riley puścił pierwszą piosenkę http://www.youtube.com/watch?v=o0qil96Xn5g ( najlepiej puśćcie od minuty jak chcecie słuchać. ;-) . )
- No i mnie nie zawiodłaś! Wyglądasz pięknie. - przytuliła mnie.
- Wy też. - odwzajemniłam uśmiech. Rozalia miała na Sobie piękną białą sukienkę, opinającą u góry i rozłożystą u dołu, do czarnych szpilek, a Violetta fioletową bokserkę, białe rurki i fioletowe koturny, po chwili byłam już w objęciach Alexy'ego.
- Jak Ty pięknie wyglądasz! - krzyknął mu do ucha. Gdy się ode mnie oderwał posłałam mu promienny uśmiech, zaraz za nim przyszedł Armin, dał mi buziaka w polik i również pochwalił mój wygląd, zaczęłam się kiwać w rytm muzyki, Irys zawołała wszystkich do kuchni, stół był cały zapełniony kieliszkami, wzięłam jeden i jak reszta uniosłam do góry by się napić, podeszłam do lodówki i wyciągnęłam z niej małą butelkę coli, a ze stołu zawinęłam dwa kieliszki szybko wymknęłam się do salonu, gdy inny rozmawiali, weszłam na konsole, podałam Riley'owi kieliszek, najwidoczniej, że ucieszył go mój gest, wypiliśmy na krzyż i oboje popiliśmy colą.
Po 20 minutach byli już wszyscy. Przynajmniej miałam taką nadzieje, ledwo można było się ruszyć, a hałas był okropny, muzyka i krzyki, na zewnątrz jakiś koleś już wymiotował.
- Mój boże. - szepnęłam kręcąc głową.
- Witaj nieznajoma. - usłyszałam za Sobą znajomy głos, odwróciłam się za mną oczywiście stał Kastiel, uśmiechnęłam się do niego, on uczynił to samo. - No. W końcu widać, że masz cycki. - Z serdeczności na jego twarzy za wiele nie zostało, zatarł ją ten cyniczny uśmieszek.
- Szkoda, że nie widać, że masz jaja. - odgryzłam się, jednak nie zrobiło to na nim wrażenia.
- Chcesz to mogę Ci pokazać. - wytrzeszczyłam oczy.
- Nie dzięki! - krzyknęłam z niedowierzaniem, a Kastiel się zaśmiał. - Idiota. - mruknęłam, a ten nadal się śmiał. - A gdzie Twoja dziewczyna? - spytałam.
- Lori?
- Skąd mam wiedzieć, jak ma na imię? - spytałam z miną AYFCM.
- Myślałem, że zazdrosne dziewczyny znajdują tą druga na facebook'u, a co do Lori, zerwałem z nią. - przestawił ciężar ciała na prawą nogę i znów się uśmiechnął, już wiem o co chodziło dziewczynom.
Wzruszyłam ramionami.
- Zazdrosne może i tak robią. - rzuciłam i ruszyłam do domu.
Zrobiłam Sobie drinka i weszłam do salonu, pierwsze co zauważyłam, to Kentin.. Z.. Rachel? Nie miałam okazji wcześniej jej poznać, ale raz ją widziałam pod klasą gdzie Kentin miał lekcje. Mój przyjaciel obejmował ją ramieniem i szeptał coś do ucha, a ta się uśmiechała, była bardzo ładna, miała na Sobie czarną spódnice, wpuszczoną w nią białą bokserkę i czarne szpilki, włosy związała w warkocza na boku. Po chwili dziewczyna pociągnęła go za ramię i zaczęli tańczyć, o ile ocieranie się  Siebie można nazwać tańcem, ogarnęło mnie dziwne uczucie. Ale dlaczego? Przecież nie jestem w nim zakochana... Może czułam, że go tracę? Od przyjazdu tutaj spędzamy razem dużo mniej czasu, nie mogę pozwolić jakiejś dziewczynie żeby mi go odebrała, odwróciłam się, nie chciałam na to patrzeć, za Soba zauważyłam Kastiela, znów się całował, tym razem z jakąś szatynką, postanowiłam usiąść, a na kanapie, była Irys, z Arminem - całowali, serce mi zamarło, również nie wiem dlaczego, powinnam się cieszyć, udało jej się, weszłam do kuchni i wzięłam Sobie kawałek pizzy.
- Demi. - usłyszałam aksamitny głos, odwróciłam się za nim i zobaczyłam Lysandra, wymieniliśmy się uśmiechami, a on stanął ze mną ramię w ramię.
- Dawno przyszedłeś?
- 20 minut temu. - był dziwnie spięty. - Słuchaj... Coś mi mówi. - westchnął - Że muszę Ci coś powiedzieć. - posłałam mu pytające spojrzenie, a on unikał mojego wzroku, prawdopodobnie obserwując szafkę z przyprawami. - Chodzi o Kastiela. Bo widzisz... Myślisz, że odpuścił Sobie Ciebie, prawda? - skinęłam głową wpatrując się w jego twarz, a on tylko zerknął, gdy wykonałam ten gest i wrócił do podziwiania szafki. - Nie prawda, próbuje udawać Twojego przyjaciela, w ten sposób Cię w Sobie rozkocha i będzie podrywał inne dziewczyny by wzbudzić Twoją zazdrość, no i w końcu będzie wasz pocałunek, aż w końcu dostanie to czego chcę. - mówił bardzo szybko, gdy skończył od razu wyszedł do salonu, to było co najmniej dziwne.
Ten wieczór jest straszny... Kentin i Rachel, Irys i Armin, Kastiel... Poszłam do pokoju postanawiając podeprzeć ścianę, w razie gdyby się przewróciła, złożyłam ręce na piersi i wpatrzyłam się ścianę naprzeciwko mnie.
- Co tak smęcisz? - usłyszałam rozbawiony głos, spojrzałam w prawo, stał tam Kastiel, wypierdalaj panie casanovo. - Kolejna marząca o Dj'u? - zaśmiał się, a ja dopiero zauważyłam, że stałam na przeciw konsoli i wpatrywałam się w punkt nad głową Rileya, wywróciłam oczami przez co spostrzegłam Kentina i Rachel. - całowali się...
- Kolejna? - spytałam tylko.
- Spotkałem już kilka dziewczyn które stwierdziły, że jest niezły, więc zapewniłem je że dam im więcej, niż on. - uśmiechnął się. - Nawet na nie nie spojrzał.
- Myślisz, że na mnie spojrzy? - spytałam jakby z czystej ciekawości, właściwie to ten chłopak był jedyną nadzieją, żeby ten wieczór nie okazał się kompletną klapą.
- Wątpię. Tamte serio były niezłe, wchodziły mu na konsole, a on nic. - wzruszył ramionami, ach tak? To patrz.
Ruszyłam w stronę konsoli, i stanęłam pół metra od Riley'a, który na mój widok uśmiechnął się pięknie.
- To co z tą nauką? - spytałam uśmiechając się.
- No to chodź. - wyciągnął do mnie rękę, złapałam za nią i znów to samo, tym razem nic nam mnie przerwało, Riley zaczął całować mnie po szyi, zaraz zabrał ręce i puścił nowy kawałek, złapał mnie za rękę i pociągnął na parkiet, przytulił mnie do Siebie, a ja jedną ręką trzymałam go za szyje, a drugą na jego klacie, spod koszulki czułam, że jest umięśniony, nie byłam pijana, ale wypiłam, a zawsze po alkoholu staje się odważniejsza, normalnie nigdy bym się na coś takiego nie odważyła, podniosłam wzrok i nasze spojrzenia się spotkały, poczułam jakby coś między nami wybuchło, wpiłam się w jego usta z taką samą namiętnością jaką on w moje, zaczęliśmy siłować się na języki, nie było jasnego zwycięscy uśmiechnęliśmy się, piosenka się kończyła Riley musiał wracać za konsolę, cmoknął mnie w usta, zanim je oderwał przygryzłam mu pociągająco wargę, uśmiechnął się i pocałował mnie w szyje i zaraz pobiegł za konsolę założył słuchawki i zaczął coś majstrować w trakcie spojrzał na mnie i posłał mi piękny uśmiech. Odwróciłam się poczułam na Sobie kilka zazdrosnych spojrzeń, podeszłam do Kastiela a on patrzył na mnie z uniesionymi brwiami.
- Szkoda, że się o coś nie założyliśmy. - rzuciłam, teraz nie patrzył na mnie tylko na Rileya. Ktoś pociągnął mnie za rękę, to była Rozalia, tańczyła z Violettą, Alexym i Swoim chłopakiem, dołączyłam do nich, po jakimś czasie byłam padnięta, weszłam o kuchni, wyjęłam z lodówki wodę, odkręciłam i przyłożyłam do ust, zamknęłam lodówkę i odwróciłam się, w tym samym pomieszczeniu stał Nataniel, zakrztusiłam się.
- Co... Co Ty tu robisz? - spytałam.
- Rozalia mnie zaprosiła... - zmierzył mnie wzrokiem. - A Ty? Przecież ledwo się znacie z Rozalią i Irys. - ziało od niego chłodem.
- Tak się składa, że tu mieszkam. - odłożyłam butelkę, co za gospodarz, nawet nie wie, że mieszkam z Irys. - Z wyrzu jego twarzy zrozumiałam, że coś Sobie uświadomił.
- Słuchaj...
- Nie chcę z Tobą rozmawiać. - przerwałam mu.
- Chciałem Cię przeprosić. - powiedział szybko, spojrzałam na niego ciekawa. - Ten nieśmiertelnik... Był Twojego taty prawda? Zmarł niedawno, tak?
- Skąd wiesz?
- Rocznik, nazwisko, Twoje papiery, no i przez przypadek wszedłem do Twojego pokoju, widziałem zdjęcie z czarnym paskiem. - poczułam lekkie zdenerwowanie, ale stwierdziłam, że miałam dość stresu, jak na jeden dzień, niech mnie nie ponosi.
- To wszystko?
- Nadal uważam Ciebie za winną w sprawie Amber i te zdjęcie z Kastielem, jeśli jesteś taka jak on to wszystko jest przeciwko Tobie. - prychnęłam. - Co? - spytał urażony.
- Wiesz... Ja nie lecę na Kastiela, gram w jego durną grę, chociaż już Sobie odpuściłam, ale nazwałeś mnie patologią, myśląc że mi się podoba podczas gdy Twoja siostra szaleje na jego punkcie.
- Kłamiesz.- wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Nie. Nie kłamie gdy nie muszę, zwłaszcza po alkoholu. - coś do mnie dotarło. - Amber też jest tutaj?
- Nie. Nie zaproszono jej.
- Przykre. - rzuciłam i wyszłam, zerkając jeszcze tylko na zegarek, dochodziła północ, a ja byłam już bardzo zmęczona, postanowiłam się przewietrzyć, ledwo wyszłam z domu gdy z ciemności usłyszałam.
- Zieloooono mi, kiedy Cię widzę. - BUM. -  A teraz mi za zieeeeloono. POMOCY!
- Alexy?
- Bóg?
- Co?
- Jajco. - zaczął rechotać jak głupi, a ja nadal go nie widziałam. - O kurwa, a jak to Bóg? HEJ! Boże, pójdę po piekła?! - nagle na coś wpadłam i się przewróciłam. - Ała, moje nogi! Ty jesteś tym Bogiem?
- A od kiedy Bóg ma damski głos? - teraz go widziałam.
- Maryja? - uśmiechnął się, ale wyglądał okropnie.
- Koleś, ile Ty wypiłeś?
- No nie wiem... trochę? - wywróciłam oczami i pomogłam mu wstać.
- Co robiłeś na dworze?
- Poszedłem się odlać. - zatoczył się.
- Alexy do cholery! W domu jest łazienka! Nie musisz podlewać mi krzaczków!
- Wiem, spokojnie, zrobiłem na płot. - no zabije go.
Wprowadziłam go do domu i z trudem zaprowadziłam do pokoju, okazało się, że jest cały mokry, musiał się rozebrać do bokserek, na podłodze położyłam mu koc i poduszkę, położył się, a ja go przykryłam, dochodziła pierwsza gdy usnął, położyłam się na łóżku razem z Tisem i odleciałam.
Obudziłam się rano '' rano '' była 13 wow. Usiadłam Alexy'ego nie było na podłodze. Wzięłam z szafy ubrania, weszłam do łazienki, umyłam się, zmyłam makijaż, by go poprawić i się ubrałam, włosy związałam w koński ogon.
Na dole był Kentin, Irys, Alexy i Armin i Rozalia.
- Dzień dobry?
- Siema śpiochu! - wyszczerzył się Alexy, a ja posłałam mu mordercze spojrzenie. - Sprzątam, żeby Ci wynagrodzić sikanie na płot. - zrobił minę niewiniątka.
- Co? - spytała Irys, Armin, Kenin i Roza jednocześnie.
- A to, że brat Arminka zalał się w trupa, i obrzygał.
- A ona położyła mnie spać. - dał mu buziaka w polik.
- Tak jak ja Rozalie. - powiedziała rozbawiona Irys patrząc na przyjaciółkę.
- Ty się nie śmiej! Lepiej żeby Leo nie był zły.
- Skąd masz koszulkę? - spytałam Alexy'ego. Miał na Sobie bokserki, koszulkę i nawet skarpetki.
- Wyprałaś mi wczoraj wszystko. - nawet nie pamiętałam o.O - Spodnie jeszcze nie wyschły. - przeciągnęłam się i zauważyłam, że Kentin przygląda mi się dziwnie, teraz wszystko z wczoraj mi się przypomniało. - No, a najlepiej zabalowało tych dwoje. - położył ręce na ramionach Irys i Armina. - Zaczęli jako single, skończyli jako para.
- nie tylko oni. - szepnęłam razem z Kentinem, bo oboje się w Siebie wpatrywaliśmy, byłam na niego zła.
- Widzę, że tu już kończycie. Jedliście? - pokręcili głowami. - To ja zrobię śniadanie, a wy kończcie. - Przeszłam przez salon, weszłam do kuchni, ale wrzuciłam wsteczny, odwróciłam się w stronę Irys. - Gdzie Riley?
- Pojechał koło 10, prosił o Twój numer, to mu dałam, a i miałam Cię pozdrowić. - powiedziała chowając kubki do worka.
W kuchni zrobiłam jajecznice z szynką i pomidorami do tego każdemu gorącą herbatę, gdy skończyłam w salonie był błysk, wszyscy poza mną i Alexym usiedli zjeść na kanapie, przy śniadaniu omawialiśmy co się wczoraj wydarzyło.
O 15 wszyscy wyszli, nawet Irys, został tylko Kentin, nie wiedziałam po co, nie obchodziło mnie, to weszłam na górę usiadłam na podłodze i obserwowałam Tisa przy jedzeniu, po chwili chłopak wszedł do pokoju.
- Widziałem Cię wczoraj z tym DJ'em.
- A ja Ciebie z Rachel.
Chwilę walczyliśmy na spojrzenia, wstałam.
- Tyle miałeś mi do powiedzenia? - przekręciłam głowę.
- Nie. Jesteś z nim?
- Nie. A Ty z nią?
- Nie... wiem. - wywróciłam oczami.
- Fajnie, dobra słuchaj idź już, wolę zostać sama. - to była najdziwniejsza rozmowa jaką z nim przeprowadziłam, o ile można to było nazwać rozmową, zaraz potem stało się coś jeszcze dziwniejszego, Kentin ujął moją twarz w dłonie i zaczął mnie całować, zabrałam jego ręce i z łatwością go odepchnęłam. - CO TY ROBISZ?! LIŻESZ SIĘ Z NIĄ, POTEM PRZYCHODZISZ Z PRETENSJAMI, A TERAZ... WYJDŹ! - patrzył na mnie zdziwiony. - WYJDŹ Z TEGO DOMU! NATYCHMIAST. - Wypchnęłam go przez drzwi i pilnowałam, aż zbiegł po schodach, na dole spojrzał na mnie z żalem, a ja z wściekłością, po policzku spłynęła mi łza... Właśnie tracę najbliższą mi osobę. Między moimi nogami biegiem ruszył Tise.
- Co Ty wyprawiasz? HEJ! - kot zbiegł po schodach, ruszyłam za nim nie widziałam go w salonie, ani w kuchni, zauważyłam, że drzwi do domu były otwarte, tak samo jak furtka przed domem, Kentin ich nie zamknął? Podeszłam do drzwi, przez jezdnie przebiegł Tise.
- HEJ! - ruszyłam za nim biegiem, nie rozglądając się. - mój błąd, na środku ulicy, kątem oka zauważyłam zbliżającą się ciężarówką, była metr ode mnie.




Rozdział VII.

Lekcje się skończyły, Kentin miał jeszcze godzinę, Irys umówiła się gdzieś z Violettą, a ja założyłam słuchawki puściłam Imagine Dragons - Radioactive i ruszyłam spacerkiem do domu nagle muzykę przerwał mi przeraźliwy pisk, odwróciłam się.
- Co do.. - a tam stała Amber, płakała? No aż się uśmiechnęłam, zauważyła mnie i ruszyła w przeciwnym kierunku coś krzycząc, no nie ma bata muszę zobaczyć o co chodzi. Zrobiłam kilka kroków i zrozumiałam, zza rogu wyszedł Kastiel z jakąś blondynką, przycisnął ją do muru, przywarł do niej całym ciałem i zaczął namiętnie całować, oczywiście ta się nie opierała, trochę się zniesmaczyłam, wyglądali jakby mieli się połknąć. Uśmiechnęłam się do Siebie i zaszłam Kastiela od tyłu.
- Halo, to miejsce publiczne. - odwrócił się zaskoczony i zaraz wysłał mi Swój wredny uśmieszek, którym również go w tej chwili obdarowywałam. Zza jego ramienia zauważyłam, że dziewczyna przygląda mi się dziwnie. - Co zepsułam klimacik? - wygięłam usta w podkówkę i znów się uśmiechnęłam, odeszłam zastanawiając się, czy to jego nowa zabawka? A może dlatego jest taki miły, może ona go zmieniła, obróciłam się, znów się całowali, dziewczyna miała na Sobie czerwony obcisły top, białą mini i białe tenisówki, nie za gorąco Ci? Cóż, to + tapeta = zabawka. Śmieszne, dość szybo mnie Sobie odpuścił. W każdym razie Amber była nieszczęśliwa, więc ja wręcz przeciwnie. Zerknęłam w dół. Miałam rozwiązaną sznurówkę, kucnęłam by naprawić usterkę, po prawo znajdowały się kosze na śmieci, wydawało mi się, że widziałam jakiś ruch za jednym z nich, coś kazało podejść mi to sprawdzić, tak zrobiłam, za koszem była... mała kuleczka, po chwili pojawiła się śliczna mordka. mały kociaczek, koloru brązowo-czarno-białego.
- Ojejku, jaki Ty śliczny. - na jego widok zmiękło mi serce. - Co Ty tu robisz? - spytałam pieszczotliwie.
Crystal, to kot, nie odpowie Ci. Kotek podniósł się, był naprawdę malutki, postanowił poocierać mi się o nogę. - Chcesz iść ze mną do domu? - w odpowiedzi usłyszałam porozumiewawcze '' miał '' , zachichotałam i wzięłam go na ręce, ten posłusznie wtulił mi się w pierś.
15 minut później byłam już w domu, odstawiłam malucha na kanapę i usiadłam obok.
- A teraz słuchaj, nie drapiemy mebli, nie sikamy na dywan.. - własne muszę załatwić mu kuwetę. - no... i masz być grzeczny. Rozumiesz? - obrócił się na plecki i zaczął machać łapkami, ratunku rozmawiam z kotem! - Idziemy się umyć. - wzięłam go na rękę i zaniosłam do pokoju z łazienki wzięłam miskę i nalałam do niej letniej wody i trochę żelu.
- Eee... Kici kici? - przyszedł. - Reagujesz na kici kici? Myślałam, że to tylko taki przesąd, jak do wiewiórek basia basia, mam nadzieje, że lubisz kąpiele. - Taa, jakby jakiś kot lubił. Włożyłam go do miski a on był... spokojny. - Wo. - wydałam z Siebie odgłos zdziwienia. - No dobra, a wracając do kici kici. Jak Cię nazwać? - Kojarzył mi się z tygrysem, nie wiem czemu, ale tak było, ale Tiger? Za bardzo oklepane... - Tise? [czyt Tajs] - pokręcił radośnie główką chlapiąc wszędzie wodą! - Ej! - zaśmiałam się.
Kot był suchy i czysty, a ja głodna położyłam go na łóżko i poinformowałam, że idę coś zjeść. Zrobiłam Sobie kanapki i herbatę, gdy weszłam na górę Tise leżał w tym samym miejscu, gdzie go zostawiła.
- Grzeczny kociak. - pocałowałam go w główkę. - Jego sierść była puszysta i miła w dotyku. Położyłam się na łóżku biorąc wcześniej laptopa, Tise położył mi się na piersi.
- Chcesz ze mną zagrać? Proszę bardzo, Dota2, spokojnie wszystko Ci wytłumaczę - znów dałam mu buzi, to dziwne, ale czułam, że ten kot był czymś czego mi brakowało. Po dwóch godzinach zadzwonił dzwonek do drzwi. - Idzie Irys. - uświadomiłam malucha, który do tej pory podziwiał moje dokonania. Wzięłam go w ramiona i poczłapałam otworzyć drzwi, w przedpokoju znów zadzwonił dzwonek, dziewczyno co Ty taka niecierpliwa.
- Heeeeelooooł! - krzyknęła, gdy otworzyłam drzwi i poszła na kanapę, nawet nie zauważyła cudeńka na moich rękach, ruszyłam za nią.
- Ekhem! - spojrzała na mnie pytająco a ja wyciągnęłam prze Siebie ręce i usiadłam obok niej, kot znajdywał się centymetr od jej twarzy i liznął ją w nos, obie się zaśmiałyśmy, a ona podrapała go za uchem i wzięła go do Siebie.
- Skąd Ty go wytrzasnęłaś? - spytała pieszcząc Tisa.
- Leżał przy śmietniku przygarnęłam go. - pochyliłam się by go pocałować. Skąd u mnie tyle czułości?
- Rozumiem, ale Demi, kuweta? Karma dla kotów? Zabawki? Posłanie? Skąd weźmiesz na to pieniądze? -  spytała zmartwiona, a mnie olśniło.
- Nie muszę pracować! - krzyknęłam a oczy mi rozbłysły, za to Irys spojrzała na mnie zdezorientowana. - Irys! Renta po tacie. - ścisnęło mnie w gardle, ale stwierdziłam, że nie będę się teraz użalać. - 700 zł co miesiąc! Miał własną firmę! - ta wywróciła oczami i uśmiechnęła się. Pogadałyśmy, pooglądałyśmy telewizje, coś pojadłyśmy, zdałam Sobie sprawę, że tęsknie za Kentinem, weszłam na górę i napisałam mu eska.
'' Mam nowego przyjaciela '' - była godzina 18, nie odpisał.
Umyłam się, laptop zasnęłam o 20.30, następnego dnia wstałam o 10.00, Tise jeszcze spał, zeszłam na dół nalać mu mleka, do kuchni weszła Irys.
- Mamy dużo pracy, zaraz przyjedzie Riley, mój dobry kolega poznałam go na zajęciach z gitary, skołuje alkohol, a Ty zadzwoń do Kentina, ja przygotuje z Rileyem dom, a wy pójdziecie na jakieś zakupy. Ziewnęłam.
- Daj mi spokój kobieto. - zaśmiałam się, gdy ta wywróciła oczami. Weszłam na górę postawiłam kotu mleko w rogu i wzięłam telefon, wybrałam numer przyjaciela i wcisnęłam zieloną słuchawkę, minęły dwa sygnały, gdy usłyszałam zaspany głos.
- Helo?
- Obudziłam? - spytałam ' zasmucona '
- Taaaaaak. - mówiąc to ziewał.
- Zbieraj dupę, widzę Cię tutaj za pół godziny, pa całuski. - rozłączyłam się, założyłam byle jakie ubrania i zeszłam na dół robić tosty. Gdy wykładałam ostatnią porcje zadzwonił dzwonek do drzwi. Wtf? Tak szybko się uwinął? Zerknęłam na zegarek, minęło 15 minut od telefonu. Irys poszła otworzyć, a ja usiadłam przy stole, po chwili do kuchni wszedł przystojny szatyn, aż szybciej zabiło mi serce.
- Demi, to jest Riley, Ryley. - wskazała na mnie. - To Demi.
Chłopak wyciągnął rękę patrząc mi w oczy, zrobiłam to samo patrząc w jego czekoladowe paczadełka, był w nich jakiś błysk.
- Miło mi. - miał ciepły i miły ton, uśmiechnęłam się i po chwilo oboje zażenowani spuściliśmy wzrok.
- Nooo! - Irys weszła do pokoju. - Przywiozłeś sprzęt?
- Hę? A, tak. - usiadł na krześle obok mnie, przeszły mnie ciarki, podsunęłam mu talerz z tostami, spojrzał na mnie, a ja poczułam, że się rumienie, jego pełne usta wydawały się być tak blisko, były wręcz stworzone do pocałunków.
- No to świetnie. Niedługo przyjdzie kolega Crystal...
- Crystal? - spytał marszcząc czoło.
- Ja jestem Crystal ,tylko mówią na mnie Demi. - wyjaśniłam i uśmiechnęłam się do chłopaka, ten pokiwał porozumiewawczo głową i odwzajemnił uśmiech.
- No więc jak mówiłam... Przyjdzie jej kolega i pójdą na zakupy, my w tym czasie tu ogarniemy i rozstawimy sprzęt. O 19 zaczną zbierać się goście.
Ostatnie zdanie o czymś mi przypomniało.
- Zaraz wracam. - zakomunikowałam i poszłam na górę, czując, że Riley odprowadza mnie wzrokiem.
W kieszeni bluzy którą wczoraj miałam na Sobie znalazłam białą karteczkę, weszłam w sms'y wybrałam numer zapisany na kartce, i napisałam '' zaczynamy o 19, sorka, że teraz ale właśnie się dowiedziałam , tooo, do zobaczenia? ;-) ''
Usiadłam na łóżku Tise się przebudził.
- Dzień dobry. - pocałowałam go. - Tam masz mleko.
Telefon mi zawibrował.
654654463
Dzięki, do zobaczenia wieczorem! ;)


Odłożyłam telefon, Tise był już przy misce, poczekałam, aż wypił i wzięłam go na ręce, wyszłam z pokoju na korytarzu prawe wpadłam na Rileya.
- Ojej przepraszam! - uśmiechnął się.
- Nie szkodzi. - odwzajemniłam uśmiech. - Chciałeś coś?
- Tak, toalety. - podrapał Tisa za uchem, a on mruknął zadowolony, oboje się zaśmialiśmy, ruchem głowy wskazałam chłopakowi odpowiednie drzwi. - Dzięki.
Ruszył do łazienki, a ja na dół, Irys siedziała na kanapie.
- Idę z nim na spacerek.
- Jak z psem? - spytała unosząc brwi.
- Nie kurwa, jak z papugą. - wywróciła oczami. - A co? Mam go posadzić na dywanie i kazać się załawiać? Wiesz co... - teraz ja wywróciłam oczami. - Mam jeszcze coś pieniędzy na zakupach wezmę kuwetę piasek i jakieś takie, jechałam taksówką, to widziałam, że przy markecie jest zoologiczny.
Irys pokiwała głową, a ja otworzyłam drzwi i wyszłam do ogródka, postawiłam go na trawie, a ten dzielnie pomaszerował przed Siebie. wyglądał uroczo, zauważyłam, że z daleka zmierza ku mnie Kentin, pomachałam, ale zaraz opuściłam rękę, i skrzyżowałam ręce na piersi miną dając mu do zrozumienia, że się fochnęłam, wszedł do ogródka i dał mi buzi w policzek.
- Co jest? - spytał zdziwiony.
- Jaśniepan nie miał wczoraj czasu, żeby mi odpisać.
- Byłem z Rachel na pizzy.
- Ponoć macie być w bursie na 16 - wzruszył ramionami.
- Pomyłka. Dziś też się bijesz? - spojrzał z uśmiechem na moje dresy.
- Nie. - mruknęłam cicho i się uśmiechnęłam.
Dziwnie poczułam się z tym, że był z jakąś inną dziewczyną, a tym bardziej wytłumaczenie, że przez nią nie maił na mnie czasu, ale postanowiłam nic po Sobie nie pokazywać.
- Po co mnie zaprosiłaś?
- Idziemy na zakupy. Tise! - krzyknęłam, a Kentin spojrzał na mnie jak na kosmitkę. - Mój kot. - wyjaśniłam, a brązowo-czarno-biała kuleczka znalazła się obok mnie, wzięłam go na ręce i zaprezentowałam przyjacielowi.
- Ale słodki. - uśmiechnął się i podrapał go za uchem, to samo w które wcześniej podrapał go Riley.
- No nie? - uśmiechnęłam się szeroko. - Zrobiłeś co miałeś? - spytałam kota, a ten miałknął. Weszłam do domu,a Kentin za mną. - Irys!
Zjawiła się w przedpokoju, wymienili z Kentinem uśmiechy.
- Zajmuj się nim. - dałam jej kota. - Jest grzeczny, jak karzesz mu gdzieś zostać to zostanie, spróbuj mu dać jakiejś szynki albo coś, a ja jeszcze idę po portfel.
Weszłam na górę, wzięłam co miałam zeszłam na dół w kuchni stał Riley, hmm, chyba napije się soku, stanęłam obok niego, wzięłam szklankę i nalałam picie.
- Co tam? - spytałam przykładając szklankę do ust, nie wyglądał na szczęśliwego więc pchnęłam go biodrem, wtedy się uśmiechnął.
- W porządku. - westchnął i stanął do mnie przodem. - Nie wyspałem się.
- To? 10 to za wcześnie? - uśmiechnęłam się.
- Wstałem o 7.30. - wygiął usta w podkówkę.
- Czemu tak wcześnie?
- Nie jestem stąd, znaczy... Pobliska wieś, ale zanim się ogarnąłem, spakowałem sprzęt, nie wiem, jak ja go teraz tu złoże.
- Irys Ci pomoże. - stwierdziłam.
- Irys. - prychnął. - To dziewczyna. Nie, że jakaś dyskryminacja - dodał widząc moje spojrzenie i się uśmiechnął - po prostu to ciężkie.
- To poczekaj z konsolą aż wrócę a Kentin Ci pomoże. - na ułamek sekundy znów widziałam w jego twarzy coś ponurego, a potem przytaknął.
- Masz trochę pasty przy kąciku. - wskazał na kącik mojej wargi, a ja się oblizałam, uśmiechnął się seksownie.
- Ekhem. - wyjrzałam za niego w drzwiach stał Kentin. - Idziemy?
- Tak już. - poklepałam Rileya po ramieniu. - Powodzenia w sprzątaniu. - uśmiechnęłam się uroczo, co odwzajemnił.
Jechaliśmy do sklepu. na szczęście jest tam prosty dojazd autobusem, który mieliśmy 2 minuty po dojściu na przystanek, gdy wysiedliśmy spytał.
- Kto to ten Riley? - spojrzałam na jego twarz, ale nie wyrażała żadnych, nawet najmniejszych emocji.
- Znajomy Irys, dzisiaj go poznałam.
- Wydawało mi się, że jesteście blisko... - ach zazdrośnik.
- Pf, rozmawiam z nim. A Ty znasz Rachel dwa dni i już idziecie na pizze. - Kentin uśmiechnął się pod nosem. Cholera zabrzmiało jakbym była zazdrosna! Dobra udawaj, że nic się nie stało. - A właśnie, impreza zaczyna się o 19, to napisz tym co zaprosiłeś.- Kentin wyciągnął telefon weszliśmy do marketu.
Kupiliśmy 4 butelki coli, 3 oranżady, i 5 soków, do tego z 5 paczek chipsów, paluszki i 5 opakowań mrożonej pizzy, tak na lenia, jeszcze jakieś balony i konfetti - uparłam się.
Potem weszliśmy do zoologicznego, kupiłam piasek, kuwetę, posłanie, trochę karmy, włóczkę, pluszaczka i fotelik do drapania, łącznie wydałam.. no wszystko co miałam.
Przyjechaliśmy obładowani do domu, Kentin wziął dużo, niestety mi też było ciężko, jak weszłam do domu, akurat Riley wchodził do kuchni i zobaczył mnie przez drzwi i ruszył z pomocą. Wziął ode mnie prawie wszystko co miałam, zostałam z siatkami z pizzą.
- Dzięki. - uśmiechnęłam się wdzięcznie, a on odwzajemnił uśmiech i poszedł do kuchni, też się tam udałam wszystko było na stole, zaraz zjawiła się Irys.
- Irys zanieś ze mną do pokoju rzeczy dla kota, chłopcy zostawcie to i idźcie zająć się konsolą, zaraz wrócimy i to ogarniemy. - przytaknęli, a Riley pokazał Kentinowi by szedł za nim, wzięłam kuwetę i piasek, a Irys, posłanie i fotelik do drapania. - Gdzie Tise?
- U Ciebie. Zerkałam do niego za jakiś czas, ale leży ciągle tak samo. - uśmiechnęłam się weszłyśmy do pokoju, Tise stanął na równych łapkach, położyłam kuwetę pod oknem, wsypałam do niej piasek i wzięłam go na rączki. - Masz jakiś koc? - odwróciłam się w jej stronę, zerkała na puste posłanie.
- W szafie. Jak złożysz połóż tak włóczkę i pluszaka, a fotelik pod łóżkiem.
Postawiłam go w kuwecie.
- Tutaj się załawiasz. Siusiu i kupkę, nie lejemy na dywan, ale to już wiesz. Irys robi Ci posłanie, tam śpisz. Masz zabawki, bawisz się, a o fotelik drapiesz.
- O em dżi. - usłyszałam za Sobą rozbawiony głos Irys.
- No co! On mnie rozumie. Prawda? - pocałowałam go w główkę i znów miałknął.
Irys zrobiła wszystko zgodnie z moimi instrukcjami, więc położyłam kota na posłanie.
- Baw się, tam drap - wskazałam na fotelik. - Ale za bardzo nie psoć.
Zeszłyśmy na dół, jedzenie pochowałyśmy i poszłyśmy do salonu dmuchać balony, Riley i Irys się spisali w salonie było dużo miejsca, na szczęście każdy puszczony przywierał do sufitu, chłopcy skończyli z konsolą, a my z balonami, Kentin dmuchał z nami, a Riley bawił się przy sprzęcie.
- Konfetti? - spytała Irys krzywiąc się.
- Mówiłem, że to słaby pomysł. - mruknął Kenin.
- No co wy chcecie? - spytałam niezadowolona.
- A kto będzie to potem sprzątał? - spytała kuzynka unosząc brwi.
- Jebcie się. - mruknęłam niezadowolona, Irys i Kentin zaśmiali się, a ja wzięłam ostatniego balona.
O 18 zaczęłyśmy z jedzeniem kubki, miski, talerze, pizze, Kentin się lenił, a Riley pół godziny wcześniej pojechał po alkohol. O 18.15 zostawiłam Irys samą i poszłam się szykować.