Zamknęłam oczy, przełknęłam ślinę i nabrałam głęboko powietrza w płuca... Podeszłam do skraju ściany, odgarnęłam włosy i wyjrzałam zza niej. Jakieś z 10 metrów ode mnie stał duży srebrny dżip, rozmawiało przy nim 4 wysokich umięśnionych mężczyzn i... Ginny, mówiła coś, ale jej nie słyszałam po chwili mnie zauważyła a ja spojrzałam na nią groźnie i kiwnęłam głową by do mnie przyszła, wróciłam w ' bezpieczne ' miejsce, kiedy dziewczynka zmaterializowała się przede mną.
- Demi to oni! - krzyknęła trochę podekscytowana.
- Świetnie! A po jakiego grzyba tam poszłaś? - spytałam szeptem. - Liczyłaś, że cudem Cię usłyszą i grzecznie zaprowadzą do mamy? Albo, że mnie zauważą, jak będę cię szukać? Żeby mnie też za... - przerwałam i nieznacznie się skrzywiłam. - Przepraszam. - bąknęłam i spojrzałam na nią spode łba, ta wpatrzona była w jakiś punkt nade mną, stałyśmy tak chwilę w milczeniu wsłuchując się w rechot morderców Ginny.
- Co robimy? - odezwała się nagle nieśmiało, spojrzałam na nią, a ta uśmiechnęła się blado, westchnęłam i wyjęłam telefon, na szczęście miałam zasięg, wybrałam 997 i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Komenda miejska policji w... - skądś znam ten głos.
- Margaret? - spytałam cicho.
- Co? Eeee, Crystal?
- Tak, to ja. Słuchaj, nie pytaj skąd, jak, dlaczego, ale jestem przy jakimś domku, niedaleko ulicy mm... Perla! Perla 39, ten adres widziałam zanim wbiegłam do lasku. Błagam przyślij tu jak najszybciej kilka radiowozów, to tu zabili Ginny, niestety nie wiem co z jej mamą, błagam szybko!
Rozłączyłam się i odetchnęłam mówiłam jak najszybciej umiałam, znów podeszłam do ściany i zauważyłam, że mężczyźni idą w stronę domku, spanikowana odskoczyłam.
- Co się stało? - spytała zaniepokojona Ginny.
- Nie nic, wchodzą do środka. - odpowiedziałam, usiadłam i podsunęłam kolana pod brodę. - A teraz czekamy na policje. - uśmiechnęłam się do niej blado.
- A może tu wejdę i zobaczę czy mama jest w środku? - spytała z nadzieją.
- Ja.. Jeśli jest to chyba ją usłyszymy nie? - ta spojrzała na mnie przestraszona, tak Demi mów dziecku, że zaraz usłyszy, a może nawet zobaczy jak torturują jej matkę. - To znaczy.. Ech no wiesz... Albo nie wiesz. - walnęłam czołem o kolana. - Już się nie odzywam. - mruknęłam zrezygnowana, poczułam jak Ginny siada obok mnie, prawdopodobnie dotknęła moich pleców, bo aż się wzdrygnęłam.
- Nie jestem zła, chyba cię nawet rozumiem. - spojrzałam na nią, a ta uśmiechnęła się pocieszająco. - Dziękuje, że mi pomagasz. - do moich oczu napłynęły łzy, była taka kochana, taka dojrzała psychicznie, taka śliczna, taka młoda, a jej już tak naprawdę nie ma i nie będzie, nikt nie usłyszy jej głosu, jej radosnego uśmiechu, nie zobaczy jej pięknych oczek, przecież jeszcze tyle mogła w życiu osiągnąć... Jedna łza spłynęła po moim policzku, czułam nienawiść, nienawiść do mężczyzn w środku, to oni powinni cierpieć, jak siostra i mama Kastiela, boże jak on Sobie z tym radzi…?
Ledwo się zorientowałam, a byłam już cała we łzach, pozbyłam się ich wewnętrzną częścią dłoni i westchnęłam, spojrzałam na zegarek, 5 minut temu zadzwoniłam na policję ostatnio uwinęli się dość szybko, pozostaje czekać, schowałam ręce do kieszeni i uśmiechnęłam się niepewnie do mojej towarzyszki...
Siedziałyśmy tak już 15 minut, byłam głodna, przemarznięta i zmęczona z środka nie było nic słychać, no może co jakiś czas jakieś postukiwania, ziewnęłam i nagle usłyszałam gruby męski głos, jakby stał za mną, odwróciłam się, a to szok - deska i ściana.
- Chyba czas trochę tu nagrzać.
- To idź po deski, ja się w tą zimnice nie ruszam!
- Zaraz tu cwelu będzie taka sama, jak tam nie wyjdziesz.
Jego rozmówca prychnął.
- Kondzio!
- Co jest? - rozległ się niesłyszany dotąd głos.
- Rusz jajka po drewno.
- A nie mamy jakiegoś ciała do spalenia? - spytał rozbawiony, a ja otworzyłam buzię ze zdziwienia.
- Jakieś się znajdzie, ale Ty wystarczająco tu śmierdzisz. - odrzekł mu jeden i dwójka ryknęła śmiechem.
- No dobra pójdę. - odezwał się ''Kondzio''
Siedziałam tak chwile, aż coś Sobie uświadominał - cholera idzie tu! spojrzałam z przerażaniem na Ginny, a najgorsze było to, że nie wiedziałam z której strony przyjdzie, zerwałam się na równe nogi. Myśli Demi! Myśl! Złapałam się za głowę i spojrzałam na Ginny.
- Z-zobacz czy idzie z prawej. - szepnęłam zdenerwowana, po chwili Ginny stanęła gdzie miała i pokiwała przecząco głową, ruszyłam na palcach w jej kierunku , byłam już przy ścianie gdy usłyszałyśmy trzask drzwi, kurwa! - dopiero wyszedł.
- Jednak idzie z tej! - krzyknęła, a ja spojrzałam na nią przerażona i ruszyłam biegiem w drugą stronę, potknęłam się o kłodę, upadłam i ręką przewróciłam jakąś belkę, wstałam i schowałam się szybko przy ścianie, oczywiście były tam okna, więc musiałam się położyć.
- Co do cholery... - usłyszałam mężczyznę, no wytłumacz Sobie że szopy!
Na szczęście do drążył tematu słyszałam jak zbiera kilka kawałków drewna, nagle Ginny stanęła na przeciw mnie, przykucnęłam.
- Będzie wracał tędy! - krzyknęła z histerią. Że co?!
Jak piesek pędem ruszyłam w stronę ściany gdzie znajdowało się wejście, stanęłam i zobaczyłam, że klamka się ruszyła, ruszyłam biegiem za kolejną ścianę, tuż przy rogu drzwi się otworzyły, a ja zaplątałam się o własne nogi i wywaliłam uderzając w ścianę.
- Co tak długo? - usłyszałam kpiący głos mężczyzny.
- Stary słyszałeś to? - panikowałam, dochodziłam już do ściany z deskami.
- Co?
- No coś walnęło i wcześniej tam przy deskach...
- Popadasz w paranoje koleś - no i oczywiście na moje nieszczęście potknęłam się, a kawałek drewna który z hukiem upadł na ziemie
-Cholera. – mruknęłam.
- Albo i nie..
Idą. Zaczęłam się znów czołgać, ale brakło mi sił na cokolwiek, stanęłam po środku ściany, a oczy nabiegły mi łzami, nagle z jednej strony pojawił się jeden a z drugiej drugi, uśmiechnęli się do Siebie szyderczo, a ja bez celu zrobiłam krok w tył, w tym samym momencie oni wykonali krok do przodu.
- ZOSTAWCIE JĄ!!! - zobaczyłam przed Sobą Ginny, a kilka desek upadło na ziemie, wyobrażałam Sobie że duchy mają większe możliwości…
- No i zobacz co zrobiłaś, musisz nam za to zapłacić. - jeden z nich złapał mnie za łokcie.
- Najlepiej w naturze piękna. - drugi stanął z przodu, złapał mój podbródek, wygięłam plecy w łuk kopnęłam go w krok, tak że upadł na kolana, wtedy dostał z buta w twarz, drugi zdziwiony lekko rozluźnił uścisk, korzystając z jego chwili nieuwagi szybko uderzyłam go łokciem w splot słoneczny, jęknął i mnie puścił, przyjęłam pozycję wyjściową i kopnęłam go w to samo miejsce gdy się skulił złapałam go za gardło i podcięłam nogi upadł na ziemie, chciałam uciec ale złapał mnie za kostkę i upadłam.
- Puszczaj mnie potworze! - krzyknęłam.
- EJ! DAWAJCIE TU SZYBKO! - krzyknął, wtedy podszedł do nas drugi, odpowiednio chwyciłam go za nogę i upadł, przewróciłam się na plecy usiadłam i z pięści uderzyłam go w żyły więc zwolnił uścisk, wstałam i pobiegłam, prosto w objęcia nowo przybyłego mężczyzny, trzymał mnie w żelaznym uścisku.
- No puszczaj do cholery! - szarpałam się jak jakaś chora. -No już! - warknęłam. - Puszczaaaaaj! AAAAAAA! - zaczęłam piszczeć z nadzieją że to coś da, otoczyli mnie we czwórkę, byłam niemal pewna, że to mój koniec.
***
Dosłownie wrzucili mnie do domu, straciłam równowagę, ale po chwili ją odzyskałam, stałam w jakimś obskurnym zielonym przedpokoju o szerokości rozłożystości moich ramion, nagle poczułam ostry ból w okolicy krzyża i poleciałam do przodu, jeden z nich mnie kopnął... Uniknęłam kolejnego ciosu wbiegając do jakiegoś pomieszczenia. - kwadratowy pokój, szare betonowe ściany, stół i krzesło, no pełen luksus.
Znów poczułam ten ból i wpadłam na ścianę, uderzyłam w nią głową i osunęłam się po niej, chyba byłam gotowa na śmierć, nie okaże słabości, umrę z honorem. Stanęłam na równych nogach i spojrzałam po kolei na twarz każdego z oprawców. Nagle w pokoju zrobiło się jakoś jaśniej, bardziej... niebiesko? Margaret!
Mężczyźni spojrzeli przestraszeni przez okno.
- Ścierwo! Dzwoniłaś na policje?! – uśmiechnęłam się nieznacznie. - Włóżcie jej coś do gęby i schowajcie, wyjdę i powiem, że to był głupi żart nastolatek. - zarządził jeden, a tamci kiwnęli głowami.
Co? Nie ma mowy!
Rozejrzałam się obok mnie stało krzesło, rzuciłam się w jego kierunku, byli zaskoczeni, podniosłam je i już miałam w nich rzucić, ale wpadł mi do głowy lepszy pomysł, rzuciłam nim w okno, rozbiło się.
- HEJ! TUTAJ! SZYBKO! - krzyczałam ile sił w gardle.
- Ty głupia suko. - odwróciłam się, ten którego załatwiłam kopniakiem w twarz i krocze mierzył do mnie z broni, sparaliżowało mnie.
- NIE! - krzyknęła Ginny, właśnie stała między nami, broń wyleciała mu z ręki, spojrzał na mnie zszokowany, miałam z resztą podobną minę, nagle usłyszałam strzał a na czole mężczyzny pojawiła się czerwona plama, zakryłam usta dłońmi, postrzelony upadł na kolana i na twarz, koło niego pojawił się... on... Chwilę patrzył na ciało, by zaraz podnieść wzrok na mnie, serce przestało mi na chwilę bić i co teraz? Mężczyzna uśmiechnął się złowieszczo i wyprostował, w tej chwili za nim pojawiła się jakby... szara dziura, i wyszło z niej pięć par rąk, jedna złapała go za nadgarstki jeden nadgarstek, druga za drugi, trzecia i czwarta zajęły się kostkami, a piąta chwyciła go za szyje, przeszedł mnie okropny chłód, nasze spojrzenia się skrzyżowały, z jego oczu wyczytałam strach, krzyknął przeraźliwe, a ręce wciągnęły go do dziury.
Stałam w wpatrywałam się w ścianę jak zaczarowana, do pokoju wszedł jakiś policjant i spojrzał na mnie zdziwiony, musiałam być strasznie blada, wyciągnął do mnie rękę i poprowadził na zewnątrz, spostrzegłam Margaret, spojrzała na mnie z troską i przytuliła.
- Boli Cię?
- Co? - spytałam i spojrzałam na nią dziwnie.
- No głowa... – pokazała mi rękę, którą przed chwilą gładziła mnie po włosach, była zakrwawiona, wtedy dopiero poczułam, że mnie boli i sama się tam złapałam. - To chyba niewielkie rozcięcie, idź do karetki. - uśmiechnęłam się do niej niepewnie i ruszyłam we wskazanym kierunku.
***
- Hej. - odezwała się, a ja kiwnęłam głową, usiadła na łóżku na przeciwko nic nie mówiąc, wpatrywałam się w nią, w końcu nie wytrzymałam i zaczęłam.
- Co z tymi facetami? Czy ktoś jest ranny? Co z mamą Kastiela?
- Siedzą w areszcie, przyznali się do winy, to znaczy troje, czwartego zabiłam. - skrzywiła się, a więc to ona strzeliła.. - Wszystko w porządku, próbowali uciec, ale ich złapaliśmy, jedyną ranną w sumie jesteś Ty, a co do mamy Kastiela... Znaleźliśmy ją.
- Żyje? - spytałam z nadzieją, a Margaret spuściła głowę.
- Nie. - odpowiedziała, a ja poczułam jakby upłynęła ze mnie cała energia, miałam ochotę się położyć i leżeć... i leżeć... Biedna Ginny... Biedny Kastiel... - Znaleźliśmy ją w jakiejś szafce w piwniczce. - mówiła lekko drżącym głosem.
- Przykro mi. - odpowiedziałam ze współczuciem.
- Dzięki... Wiesz po co przyszłam? - spojrzałam na nią unosząc jedną brew. - Co? Znów byłaś w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie?
Wtedy do pokoju wszedł lekarz.
- Pani Waters? - spojrzałam na niego, a ten uśmiechnął się delikatnie. - Jest pani wolna.
Skinęłam głową, wstałam i ruszyłam w stronę wyjście, w drzwiach rzuciłam tylko:
- Tak. - i wyszłam.
***
- Halo?
- Halo? HALO?! Gdzie Ty do cholery jesteś?! - oj Iris, Iris.
- W Swoim pokoju mośku. - zachichotałam, dziewczyna się rozłączyła i 5 sekund później otworzyły się drzwi do mojego pokoju. stała w nich Irys na jej twarzy malowało się rozgoryczenie, szok i niedowierzanie, nie wytrzymałam i wybuchnełam śmiechem.
- Ale śmieszne! Martwiłam się! Myślałam już, że znowu wylądowałaś w szpitalu!
- W sumie to się nie myliłaś. – wzruszyłam ramionami, a Irys oczy niemal wyszły z orbit. – No co? Przewróciłam się, uderzyłam głową w ścianę i no wiesz, karetka, kilka szwów, nic wielkiego. – uśmiechnęłam się do niej pocieszająco.
- Nic wielkiego! – krzyknęła wyrzucając ręce w powietrze i siadając na moim łóżku. – Przestaniesz w końcu odwalać?
- Postaram się mamo. – mruknęłam. – A teraz idę spać. Mogę?
- Podczas snu Ci chyba nic nie grozi, więc tak. – uśmiechnęłyśmy się do Siebie. – Dobranoc. – rzuciła w drzwiach.
- Branoc. – odpowiedziałam i ziewnęłam, ech… To był długi dzień.
***
- Wiesz już? - spytałam patrząc na nią smutno.
- Że mama nie żyje? Tak... - odpowiedziała smuszczając głowe. - A ja nadal jej nie znalazłam! - krzyknęła z histerią.
- A nie przyszło Ci na myśl, że... No nie wiem... Że wybrała się na drugą stronę?
- Poczekałaby na mnie!
- Może myślała, że tam jesteś... Stamtąd nie ma odwrotu. Jestem niemal pewna, że na Ciebie czeka.
- Objecujesz? - skinęłam głową, dziewczynka zamknęła oczy i uśmiechnęła się do Siebie, za chwile je otworzyła i z podziwem wpatrywała się w jakiś punkt obok mnie. - Mama. - szepnęła z przejęciem, a łzy napłynęły mi do oczu.
- Widzisz ją? - spytałam i zacisnęłam usta, łza spłynęła mi po policzku.
- Tak, uśmiecha się. Wyciąga do mnie rączke. - uśmiechnęła się szeroko.
- To... Idź do niej. - wstałam i otarłam łzy, a ta zrobiła krok do przodu i jeszcze spojrzała na mnie.
- Dziękuje Ci Crystal. Pomogłaś mi. Pomożesz Kastielowi? Nie chcę żeby się smucił.
- Oczywiście. - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Ciekawe dlaczego Twój kolega do mnie nie przyszedł. - zmarszczyła czoło.
- Co?
- No ten drugi! Widział mnie i nie przyszedł.
Odwróciła się w moją stronę i poślizgnęła, nieporadnie wyciągnęłam ręce przed Siebie, też jedynie przeniknęły przez prawą dłoń dziewczynki, poleciała do tyłu rozpływając się.
- Co? Nie! Czekaj... Kto... Kto Cię widział...? - wpatrywałam się zaczarowana w miejsce w którym zniknęła.








