środa, 5 lutego 2014

Rozdział. X

Nie ma go...Tym razem na prawdę i już nigdy go nie będzie, przed chwilą stał tu razem ze mną, rozmawialiśmy, a teraz tak po prostu Sobie... zniknął.
Otarłam łzy zewnętrzną częścią dłoni i wstałam, tata nie chciałby żebym płakała... Tata.
Wyciągnęłam rękę przed Siebie i zaczęłam nią machać, byłam pewna że właśnie w tym miejscu przed chwilą się rozpłynął, miałam nadzieje poczuć to, co zobaczył, jednak nic z tego nie wyszło. Westchnęłam, pomodliłam się i odeszłam.
- HEJ! - odwróciłam się i zobaczyłam... mężczyznę z dachu. - Widziałem co zrobiłaś. - odwróciłam się na pięcie i szłam przed Siebie. - Mówię do Ciebie! - zmaterializował się przede mną, miał około 25 lat. - Pomóż mi.
Siłowaliśmy się chwilę na spojrzenia...

***

- Kto to był? - spytałam nadal łkającej dziewczyny, przy wcześniej wspomnianym grobie, na dźwięk mojego głosu lekko drgnęła.
- Mój chłopak. - odpowiedziała drżącym głosem i pociągnęła nosem.
- Przykro mi. - rzuciłam speszona, widząc na czarnej tabliczce datę sprzed tygodnia. - Ja.. Jak to się stało?
Spojrzała na mnie niechętnie.
- Skok z budynku - warknęła, po czym wybuchła płaczem jak małe dziecko. - I to moja wi-wina!
Zamierzałam ją przeprosić, ale właśnie wtedy przy jej boku zmaterializował się... Mike, sądząc po imieniu z tabliczki.
- Wcale nie! To tylko i wyłącznie moja wina! - spojrzał na mnie zakłopotany. - Nie mów tak, byłem kretynem. To tylko moja wina, zostawiłem Cię i... Przestań! - jego dziewczyna rozpłakała się na dobre, a Mike spojrzał na mnie poddenerwowany. - Na co czekasz! Powiedz jej to!
- Niby jak! Nie widzisz jak płacze? - szepnęłam.
- Więc sprawisz że przestanie.
-  Albo, że weźmie mnie za idiotkę. - prychnęłam. - Z resztą, dlaczego leżysz tu, skoro byłeś tam w mieście?
- Moi rodzice tu leżą, chciałem być przy nich pochowany, a tam mieszkałem, będziesz tak gadać, czy zaczniesz działać?!
- Wolę pogadać! - uniosłam się, co nie uszło uwadze dziewczyny.
- Hę? - spytała, wycierając łzy.
- Crystal. - wyciągnęłam o niej rękę, ta wstała i złożyła ręce na piersi.
- Amy. - rzuciła. - Słuchaj... Czego Ty chcesz?
Za nią stał Mike i patrzył na mnie wyczekująco, o mój boże, nigdy nie robiłam nic bardziej dziwnego, chociaż.. nie, nigdy.
- Bo ja... Egh! Słuchaj. Zabrzmię jak kompletna idiotka, ale zanim zadzwonisz gdzie trzeba i przyjadą po mnie mili panowie chcący założyć mi piękny biały fartuszek, posłuchaj. - przytaknęła niepewnie głową. - Mike jest tutaj.
- CO? Wiesz co...
- Posłuchaj! - przerwałam jej. - Niedawno miałam wypadek i nie mam pojęcia dlaczego widzę teraz duchy, wczoraj zobaczyłam Mika.. A teraz przypadek sprawił, że się spotkałyśmy. On...Nie chce żebyś obwiniała się za jego wypadek.
Dziewczyna patrzyła na mnie jak na kosmitkę i po chwili prychnęła.
- To co? Uciekłaś ze szpitala dla obłąkanych, czy jestem w ukrytej kamerze? Mało śmieszne.
- To prawda. - powiedziałam zrezygnowana, a Amy szarpnęła mnie za marynarkę. - Ej!
- Nie waż się żartować ze śmierci Mika. - wycedziła, a imię ukochanego ledwo przeszło jej przez gardło.
- Powiedz jej o Niki. - postałam mu pytające spojrzenie. - No powiedz!
- Niki. - rzuciłam głupio.
- Co?
- Mike mówi coś o Niki. - powiedziałam próbując być jak najbardziej spokojna, dziewczyna puściła mnie i dotknęła ręką brzucha.
- Chcieliśmy tak nazwać dziewczynkę. - uśmiechnął się Mike i z troską spojrzał na ukochaną.
- Tak ma mieć na imię dziewczynka, prawda?
- Skąd Ty to...
- Mike. - wytłumaczyłam.
- A teraz powiedz o chłopcu, powiedz Blake. - uśmiechnął się szeroko.
- A chłopiec to Blake. - rzekłam cicho.
- Pfy, okropnie to wymyślił. - uśmiechnęła się i pomasowała po brzuchu, nie wyglądała na ciężarną.
- Haha, wiedziałem, że się uśmiechnie. Mam nadzieje, że uwierzy, jest w ciąży od dwóch tygodni nawet rodzicom nie powiedzieliśmy
- Skąd Ty po wiesz?  - zwróciła się do mnie dziewczyna. - Znałaś go? Mieliśmy nikomu nie mówić!
- Ależ skąd! Mówię Ci jest tu. -spojrzałam na nią z nadzieją, nie wyglądała na przekonaną, Mike stanął przy Swoim grobie, po chwili jeden ze zniczy się przewrócił, dziewczyna drgnęła i postawiła go na Swoje miejsce. - To on to przewrócił, teraz mi wierzysz?
- Nie. - prychnęła i schowała twarz w dłoniach. - To szaleństwo.
-To zaczyna być już męczące. - zwróciłam się do chłopaka, który patrzył na nas smutno, nagle w głowie zapaliła mi się żaróweczka. - Dotknij jej.
- Co? - spytali jednocześnie, Amy zabrała dłonie z twarzy.
- Dotknij jej, gdziekolwiek. - Amy przyglądała mi się dziwnie, ale ja patrzyłam na chłopaka.
Po chwili zmarszczył czoło i dotknął ją w jakimś miejscu na plecach, a ta wygięła się do tyłu.
- Co.. Co to było! - spytała z przerażeniem.
- Tam ma tatuaż, lilie. - uśmiechnął się.
- Teraz mi mówisz o tatuażu? - wywróciłam oczami, a Amy uniosła brew. - Tam gdzie Cię dotknął, masz tam tatuaż, lilie.
- On naprawdę tu jest. - TAK, TAK, TAK, O MÓJ BOŻE TAAAAAK!
Skinęłam głową, a dziewczyna westchnęła.
- Mike? Ja... Dlaczego? - spuściła głowę a po jej policzkach spłynęły łzy. - To moja wina, dlaczego zrobiłam Ci tą awanturę?!
- Zrobiłaś i miałaś racje, byłem idiotą. - poczułam szklanki w oczach. - Powiedz, że to nie jej wina.
- Mike mówi, że miałaś racje, że był idiotą i nie chce żebyś się obwiniała.
- Niby jak? Pokłóciliśmy się, a... - po jej policzku spłynęła łza. - a następnego dnia przyjechała policja, twierdząc, że ma ' złe wieści ' .
- A niby tak, że to tylko i wyłącznie moja wina. - Amy chciała coś powiedzieć, ale uciszyłam ją gestem ręki, dając znać, że teraz mówi Mike. - Brałem... po prostu wpadłem w złe towarzystwo, często się o to kłóciliśmy, tak jak tamtego dnia. Zapomniałem o naszej rocznicy, nie wróciłem do domu, byłem już ' trzeźwy ' , wyzywałem ją od najgorszych, boże jaki ze mnie idiota, ona oczywiście nie pozostawała mi dłużna, kłóciliśmy się, wyzywaliśmy, a tak bardzo się kochaliśmy, dzień wcześniej mijały 4 lata odkąd byliśmy razem, a ja nie przyszedłem, będziemy mieć dziecko.. mieliśmy wziąć ślub, a ja zawaliłem. No i co? pod wpływem emocji uderzyła mnie, a ja wyszedłem, trzaskając drzwiami, krzycząc coś w stylu, że jak się ogarnie, to może mnie jeszcze zobaczy. - ukrył twarz w dłoniach. - No i co? Gdzie poszedłem? Ćpać. Tak, wróciłem tam skąd przyszedłem. A potem nie wiem jak, mam tylko przebłyski, poszliśmy na ten jebany dach razem z Andrzejem upadł na dachu, a ja stanąłem na krawędzi i zacząłem myśleć o jakiś głupotach, no i stwierdziłem, że polecę dalej, znudziło mi się jedno miejsce. I co? Poleciałem. - zacisnął szczękę i zamknął oczy. - To nie jej wina, tylko moja. Wszystko moja wina, gdybym się jej słuchał, gdybym nie wplątał się w to gówno. - westchnął.
- O-on mówi... - przetarłam twarz i kontynuowałam. - Po waszej kłótni poszedł znów brać, stracił świadomość, znalazł się na dachu i jak to po narkotykach, miał przywidzenia i skoczył. Mówi, że to tylko jego wina, że próbowałaś go od tego odciągnąć, ale był uparty, twierdzi, że zachowywał się jak idiota, jest mu przykro. On naprawdę nie chce żebyś się obwiniała. - czułam, że powinnam powiedzieć coś jeszcze, ale nie wiedziałam co...
- Mogłam temu jakoś zapobiec! Po co zaczynałam awanturę!?
- On wie, że mu się to należało. - uśmiechnął się widząc, że go wyręczam. - Chce żebyś wiedziała, że za jego śmierć nie jest winny nikt, poza nim i jego głupotą.
- Tak za Tobą tęsknie. - powiedziała z oczami zaszklonymi od łez.
- Ja za Tobą też. - odrzekł.
- On też tęskni. - odpowiedziała mi bladym uśmiechem.
- Wiesz... Blake to nie takie złe imię. - wszyscy troje się uśmiechnęliśmy. - Jak chcesz nazwę tak syna.
- Powiedz, że chcę. - uśmiechnął się szeroko, a ja skinęłam do dziewczyny głową, zaraz na twarzy Mike'a pojawił się wyraz zaciekawienia.
- Widzisz to? - spytałam.
- Co? - rozejrzała się Amy.
- Tak, ale. Co TO jest? - zwrócił się do mnie, w odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
- Mój tata tam poszedł, gdy mu wybaczyłam, widocznie Amy już się nie obwinia. Chy-chyba musisz tam iść.
- Gdzie iść?! O co chodzi? - Amy patrzyła na mnie wyczekująco i z nadzieją.
- W światło. - uśmiechnęłam się. - Jest spełniony.
Mike podszedł do niej i złożył na jej czole pocałunek.
- Kocham Cię. - szepnął.
- Ja Ciebie też. - odpowiedziała, zaraz. Co?
Uśmiechnął się i zniknął.
- Odszedł. Ty... Słyszałaś go? - wzruszyła ramionami.
- Zgadywałam. - uśmiechała się, a po jej policzkach spływały łzy. - Dziękuje. - szepnęła.
Poklepałam ją pocieszająco po ramieniu i odeszłam...

***

Gdy wróciłam do domu byłam wykończona, głodna i dowiedziałam się, że jestem medium, no spoko dzień.
Była 16, a Irys jeszcze nie przyszła, zadzwoniłam, okazało się że zaczęła pracę u Leo i będzie w nocy.
Sama ruszyłam na zakupy, zrobiłam obiad, zjadłam, posiedziałam trochę na facebook'u, przed telewizją, pograłam w Dotę i poszłam się umyć i spać.
Cały weekend spędziłam na nadrabianiu materiału, dochodziła 20, niedziela, właśnie kończyłam uczyć się do jutrzejszej kartkówki z historii, gdy Irys weszła do pokoju.
- Jak Ci idzie? - spytała siadając obok.
- Nienajgorzej. - uśmiechnęłam się do dziewczyny.
- I co Tise się nie znalazł...?
- Nope. - odpowiedziałam zamykając zeszyt i przewracając się na plecy, aaaj, jak cudownie.
- Może uda nam się sprzedać te rzeczy. Niemal nieużywane. - pokiwałam twierdząco głową, a dziewczyna się zaśmiała. - Idź już spać, bo widzę, że ledwo na oczy patrzysz. - dźgnęła mnie w bok, a ja się uśmiechnęłam, doczołgałam się do łóżka i wpełzłam pod kołdrę. Irys zgasiła światło. - Branoc maleńka.
- Dobranoc, wielka. - uśmiechnęłam się i już po 5 minutach zapadłam w sen.
Następnego dnia obudziła mnie Irys poranek był dość chłodny, zjadłyśmy, wyszykowałyśmy się i poszłyśmy do szkoły, moja kuzynka po drodze wstąpiła do sklepu, więc do placówki doszłam sama, stojąc przed budynkiem moją uwagę zwróciła mała dziewczyna, bawiąca się samotnie na skraju lasu, kręciła się w kółko, po czym zaraz upadała na ziemie, raz po raz powtarzała czynność, tak mnie pochłonęła, że nie zauważyłam kiedy ktoś wyszedł ze szkoły.
- DEMI!

1 komentarz:

  1. Jestem twarda, ale czytając chciało mi się płakać, a na końcu nie wytrzymałam. Jak się cieszę, z tego zakończenia rozmowy :.)

    OdpowiedzUsuń