środa, 5 lutego 2014

Rozdział XIX.

Nie wiedziałam czy wciąż żyje. Słyszałam krzyk, szum... Ale nie czułam bólu, z czego byłam bardzo zadowolona, gdybym nie żyła nie czułabym już bólu, byłabym wolna, przed oczyma zaświeciło mi światło, dość słabo, bo miałam zamknięte powieki. STOP! Mam zamknięte oczy? Czyli...
Ostrożnie drgnęłam powiekami, poczułam jak promyki słońca ogrzewają moją twarz jednocześnie rażąc mnie w oczy, więc je zamknęłam.
- Słyszysz mnie? - zmusiłam się do powtórnego otwarcia oczu, słońce mnie już nie raziło, zasłonił mnie cień wysokiego mężczyzny, za nim stała karetka i samochód policyjny. - Halo? Słyszysz  mnie? Coś Cię boli? - pomachał mi ręką przed twarzą, ale nie miałam siły mu odpowiedzieć, a może bałam się? Bałam się odczuć ból gdybym choć drgnęła. - Mark, Shane! Nosze!
Nosze? Dziwne imię... Podbiegło do mnie dwóch mężczyzn, razem było ich trzech, a przecież tylu zawołał, gdzie czwarty? Usłyszałam trzask, zauważyłam, że jeden z mężczyzn rozkłada... NOSZE!
Pozostałych dwóch uklękło po moich obu stronach.
- Nie. - jęknęłam, w tym momencie mnie podnieśli, a moje ciało zabolało niemiłosiernie, każda, najmniejsza cząstka zabolała w najokrutniejszy sposób, wydałam z Siebie okrzyk, jakby obdzierali mnie ze skóry, gdy już leżałam na noszach ból nie ustał, coś gorącego spływało po moich policzkach, a mężczyźni patrzyli na mnie z niepokojem, zostałam wniesiona do karetki, ratowniki medyczny wziął chusteczkę i przetarł nią moje łzy po czym skinął głową do partnera, ten nałożył mi coś na twarz, ból ustał...

***

Sunęłam... Czułam się jak ptak lecący nad rzeką podczas zachodu słońca, cóż za cudowne uczucie... Ale znów wpadłam na genialny pomysł by otworzyć oczy, nie znajdowałam się nad morzem, zachód słońca też raczej nie wchodził w grę, a już na pewno nie byłam ptakiem. Leżałam na łóżku, które prowadziło kilka osób w fartuchach, wszędzie było bardzo biało, poczułam ogromny ciężar na sercu, chciałam znów zapaść w ten cudowny sen, już nawet zamierzałam poprosić o to lekarza, gdy pomiędzy stojącym z przodu a tym z tyłu po mojej prawie pojawił się.. ktoś inny, bynajmniej nie lekarz. Miał na sobie czarny garnitur, a jego czarne włosy powiewały w trakcie biegu.
- Tata? - szepnęłam, samotna łza spłynęła po moim policzku, trudno stwierdzić, czy przez ból związany z wymową tych słów czy ze względu na osobę do której te słowa były skierowane.
I wtedy go zobaczyłam, obrócił się w moją stronę, spojrzał na mnie z troską i z bólem za razem, a potem najzwyczajniej ze zdziwieniem.
- Wi-widzisz mnie? - spytał zmieszany, przeszły mnie ciarki. Był tu. Ten którego głosu miałam już nigdy nie usłyszeć, ten którego miałam już nigdy nie zobaczyć. Najważniejsza osoba w moim życiu była tu ze mną, ale zaraz, no właśnie...
- Nie żyjesz. - szepnęłam i poczułam niepokój, czy to znaczy, że ja...
Przez jego twarz przemknął cień uśmiechu.
- Ale Ty żyjesz. A teraz cii. - przyłożył palec do ust, a wolną ręką dotknął lekarza stojącego z przodu w bark, ten odwrócił się i zmarszczył brwi.
- Frank. - kiwnął głową w moją stronę, znów ktoś przystawił mi coś do twarzy i nastał sen.

***

Otworzyłam oczy, już nic mnie nie bolało, przewróciłam głowę w bok, ujrzałam rząd zaścielonych białych łóżek i ostrożnie się podniosłam.
- Hej! Co robisz! - w moją stronę biegła ruda kobieta. No co nie widzisz? usiadłam Sobie bez bicia, dobra? Podbiegła do mnie i ostrożnie z powrotem położyła, uniosłam jedną brew. - Ja.. Powiem doktorowi, że się obudziłaś. - uśmiechnęła się blado i odeszła. Zerknęłam na szafeczkę po mojej prawej stronie, stało tam kilka bukietów kwiatów i jakieś czekoladki, uu. Po chwili do sali wszedł lekarz, blond włosy z lekkim zarostem, około trzydziestki.
- No w końcu się nam pani Crystal obudziła.
- Ile spałam? - spytałam odruchowo.
- Dwa tygodnie.
- CO!? - krzyknęłam i popatrzyłam na mężczyznę z niedowierzaniem.
- A no właśnie to. - uśmiechnął się ciepło. - Doktor Piter. - przedstawił się. - Coś Cię boli? - pokiwałam przecząco głową. - No cóż, miałaś operacje, byłaś trochę poobijana, miałaś złamaną rękę i skręconą kostkę, widocznie przez ten czas wszystko się ładnie zagoiło. - spojrzał na stolik obok i uśmiechnął się szczerze. - przez ten czas miałaś kilku wiernych odwiedzających. - odwzajemniłam uśmiech, wzięłam pudełko czekoladek, po odpakowaniu, podsunęłam je w stronę lekarza, gdy ten przeglądał moją kartę, zerknął ponad nią i grzecznie odmówił, a ja włożyłam jedną do ust, poczułam jak przeszedł mnie przyjemny dreszcz, zapragnęłam więcej. - Jesteś głodna. - stwierdził. - Pielęgniarka zaraz przyniesie jedzenie, potem się odświeżysz i będziesz mogła iść. - uśmiechnął się i odszedł.

Tak jak powiedział, jakiś czas później pielęgniarka, przyniosła zupę. - rosół, ziemniaki, schabowego, marchewkę z groszkiem, pączka i sok pomarańczowy, wszystko zjadłam w jakieś 20 minut, dowiedziałam się, że Irys przywiozła trochę moich rzeczy, weszłam do łazienki by się umyć, na szczęście przywiozła suszarkę, patrząc w lustro spodziewałam się zobaczyć w nim kogoś jeszcze, niestety, albo stety nie pokazał się, ale był tam. Nie wymyśliłam Sobie tego! Ubrana i gotowa do wyjścia, pożegnałam się z lekarzami wypisałam jakąś kartę i wyszłam.
Przez chwile moje oczy przyzwyczajały się do światła słonecznego, po przetarciu oczu kilka metrów ode mnie stał mężczyzna w garniturze, i uśmiechał się szczerze, zrobiłam krok do przodu.
- Kris! - odwróciłam głowę w stronę osoby krzyczącej, był niedaleko, ale nie miałam czasu na rozpoznanie, odwróciłam się tam gdzie przed chwilą stał tata, taa.. Stał, już go nie było. Znów zwróciłam się w stronę chłopaka, to był...
- Kentin! - poczułam szklanki w oczach i biegiem ruszyłam w stronę przyjaciela. Po sekundzie staliśmy przytuleni, a ja płakałam.
- Tak się bałem, cholera jasna, to była moja wina, wybiegłaś z domu, ja... przepraszam. Dzięki Bogu, że nic Ci nie jest. - mówił tak szybko, że ledwo go rozumiałam.- I przepraszam za ten pocałunek, poniosło mnie. - ujął moją twarz w dłonie i zetknął nasze czoła. - Nie mogę Cię stracić. - wyszeptał, wtuliłam się w jego obojczyk.
- Ja też przepraszam. - szepnęłam. - Jak się ciesze, że Cię widzę. - powiedziałam bardziej do Siebie, a on mocniej mnie ścisnął.
Od obudzenia byłam w szpitalu może półtorej godziny?, ale przez ten czas trochę myślałam. Wiedziałam, że nie mogę go stracić. Jako przyjaciela. Nie umiałam się na niego gniewać, chciałam żeby przy mnie był, nie mogłabym bez niego żyć.
- Widziałam go. - szepnęłam niekontrolowanie, a Kentin wypuścił mnie z objęć i spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Go?
- Tate.
- Co proszę? - spojrzał na mnie jak na kosmitkę.
- Widziałam tatę, po wypadku i..
- Demi, Twój tata...
- Nie żyje wiem! Ale widziałam go nie rozumiesz? - spojrzał na mnie z troską i dotknął mojego policzka.
- Ej, uderzyłaś się w głowę, byłaś półprzytomna, coś Ci się przywidziało. - uniosłam brwi i zabrałam jego dłoń.
- Nie wierzysz mi. - szepnęłam.
- Demi... - zaczął ze skruchą.
- Nie ważne, idź... - On mi nie wierzy, więc nikt mi nie uwierzy.
- Poniosę Ci torbę. - bez słowa mu ją podałam, czułam na Sobie jego zaniepokojone spojrzenie od 15 minut, musiałam zmienić temat.
- Co się działo przez te dwa tygodnie?
- Co? Ah, no więc było słabo. Irys i ja codziennie co Ciebie przychodziliśmy, wszyscy się martwili, przez pierwszy tydzień wasza klasa miała odwołane lekcję, ze względu, na żal czy coś tam...
Później już go nie słuchałam, moją uwagę zwrócił budynek po przeciwnej stronie ulicy, a właściwie jego dach, chodził po nim jakiś mężczyzna w niebieskiej koszuli i brązowych spodniach, koło trzydziestki, przechadzał się w te i z powrotem po budynku ze spuszczoną głową, byliśmy  w połowie budynku, gdy mężczyzna się zatrzymał i zwrócił w stronę ulicy, odruchowo również przystanęłam.
- Demi? - usłyszałam Kentina, ale nie odpowiedziałam.
Mężczyzna szeroko się uśmiechnął i skoczył.
- O MÓJ BOŻE ! - wydarłam się i szarpnęłam Kentina za ramię. - WIDZIAŁEŚ TO!?
- Co? - spytał zaskoczony.
- JAK TO CO! Dzwoń na pogotowie! - upewniłam się, że nic nie jedzie i przebiegłam na drugą stronę ulicy przerażona ruszyłam do miejsca centralnie pod punktem skoku, ale nic tam nie było, poza przyklejonym do betonu skasowanym biletem MPK.
- Demi co Ci jest!? - pobiegł do mnie Kentin, trzymał w ręku telefon.
- Ja... Coś mi się przywidziało. Dzwoniłeś? - zerknęłam na telefon.
- Jeszcze nie.
- To nie dzwoń, chodź do domu.
Ruszyłam na drugą stronę ulicy, a Kentin stał i przyglądał mi się głupio, właśnie tak się teraz czułam, zachowuje się jak kretynka, a potem odchodzę jak gdyby nigdy nic. Jak on ze mną wytrzymuje?.
W końcu do mnie dołączył, ruszyliśmy, nie mogąc się powstrzymać odwróciłam się, ten sam mężczyzna chodził po dachu...

***

W domu Kentin zostawił mnie samą, miał dryndnąć do Irys, że jestem w domu, ale idę spać, bo była gdzieś z Arminem, ponoć spędzali dużo czasu razem, cieszyłam się jej szczęściem. Rzuciłam się na łóżko, nie Irys i Armin, czy Kentin siedzieli teraz w mojej głowie. Co to do licha ma być? Występuje w jakimś słabym filmie, gdzie dziewczyna widzi duchy? Ta, duchy. Mój tata nie żyje. Lekarze go nie widzieli. Tylko ja. Nie mogłam Sobie tego zmyślić.A ten mężczyzna na dachu... Westchnęłam głośno chwyciłam zdjęcie taty, i choć spałam 2 tygodnie znów odpłynęłam do tej beztroskiej krainy. Była 16.55
Obudziłam się następnego dnia o 6.00 zdjęłam bluzę, czułam się nieświeżo, zeszłam na dół Irys robiła śniadanie.
- No cześć? - zaczęłam niepewnie.
- DEMI! - rzuciła się na mnie i natychmiast wybuchnęła płaczem, mówiła trząchając mną w prawo i w lewo. - tak się cholernie martwiłam, co Ty za numery odstawiasz! Boże, jak tęskniłam, jak się bałam! Bry! Nigdy więcej!
Zaśmiałam się krótko.
- Spokojnie nie zamierzam tego powtarzać.
Odsunęła się i uśmiechnęła.
- A jak się czujesz?
- Hę?- Demi wyszłaś ze szpitala, kuzynka ma prawo spytać jak się czujesz, heloł.
- Kentin mówił, że byłaś wczoraj jakaś dziwna... - spojrzałam na nią niechętnie, no co za kutas.
- Tak, wszystko dobrze. Dziś piątek? - skinęła głową. - Idziesz do szkoły? - powtórnie wykonała ten gest, odwróciła się i wróciła do robienia sałatki.
- A Ty?
- Ja co?
- Idziesz do szkoły?
- Nie. Pójdę w poniedziałek. Muszę dzisiaj gdzieś jechać.
Spojrzała na mnie zaciekawiona, udałam, że nie zauważyłam, o nic nie spytała.

Dwie godziny później byłam umyta, przebrana i jechałam taksówką, z zamkniętymi oczami. Bałam się tego co mogę zobaczyć, nie wiem ile jechałam może godzinę?
- Proszę pani?
Otworzyłam oczy.
- 120 zł.
Wręczyłam typkowi banknot, pełna nerwów wysiadłam z taksówki, ruszyłam kupić znicz, dobrze znaną drogą z oczami wbitymi w ziemię szłam cmentarnymi alejkami, aż w końcu doszłam do celu, zapaliłam znicz i położyłam przy grobie kilkakrotnie czytając to co wyryte było na pomniku, nagle moje włosy rozwiał wiatr.
- Cześć kochanie. - zamknęłam oczy i nosem wciągnęłam powietrze, by potem wypuścić je przez usta. Odwróciłam się za jego głosem i otworzyłam oczy.
Stał tam, metr ode mnie i uśmiechał się. Dokładnie tak, jak wtedy w kuchni, w dzień tego pieprzonego wypadku.
- Co nic nie powiesz? Chyba po coś tu przyszłaś.
- To nie można już odwiedzić grobu własnego ojca?!
- Woo, nie tak agresywnie. - uśmiechnął się delikatnie.
Chciałam mu powiedzieć tyle rzeczy, tyle słów cisnęło mi się na usta..
- Zostawiłeś mnie. - wycedziłam przez zęby, to co najbardziej leżało mi na sercu, oczy miałam zaszklone od łez.
- Masz do mnie żal? Skarbie. - westchnął. - Nie rozumiesz, że Twoje życie było ważniejsze.
- Mogliśmy skoczyć oboje! A Ty mnie zostawiłeś! Z nią i z tym szmaciarzem! Ja.. Wolałabym wtedy umrzeć z Tobą nie umiem się pogodzić z tym, że Cię nie ma. - wyszeptałam ostatnie słowa.
- Przecież jestem. - rozstawił ręce, a ja wywróciłam oczami. - Gdybyśmy skoczyli oboje słabo by się to skończyło, miałem skoczyć po Tobie, ale ogień zaczął mnie dosięgać no i spanikowałem. Wybacz mi, nie chce żebyś miała do mnie żal. Zobacz, wyglądam na nieszczęśliwego? Raczej nie. Najważniejsze, że Ty się uratowałaś. Byłem zwykłym frajerem, bogacz z firmą którego zdradzała żona. - wzruszył ramionami.
- Nie mów tak.- on naprawdę tak o Sobie myślał, a ja nie mogłam w to uwierzyć, w moich oczach był niemal Bogiem - To mama powinna nie żyć, nie zasłużyłeś na to, ona tak.
- Nie mów tak. - westchnął.
- Byłeś u niej?
- Raz. Odeszła od tego faceta, pije.. Nie najlepiej u niej.
- Pokarało ją. - stwierdziłam obojętnie.
- Nie mów tak, w końcu to matka.
Chwile patrzyliśmy na Siebie, a ja czułam jakbym rozmawiała z moim tatą z krwi i kości, nie duchem. Zerknęłam w lewo, jakaś kobieta płakała kilka grobów dalej, nad nią stał facet, mówił do niej, lecz ona go nie słyszała.
- I co? Będę tak Sobie teraz widziała duchy?
- W sumie to nie wiem, podczas wypadku uaktywnił Ci się jakiś szósty zmysł. - wzruszył ramionami, no fajnie, że się przejąłeś tatusiu.
- Aha... A Tak w ogóle. Co Ty tu robisz? A co z Bogiem, Niebem i tak dalej?
- Ja.. Coś mnie tu zatrzymało, jak te pozostałe duchy.
- Czyli?
- Ty.
- Ale co? Że mam coś Twojego? - pomacałam nieśmiertelnik w kieszeni.
- Nie nie to. Miałaś do mnie żal, chciałem pogadać.
- Ciekawe co byś zrobił jakbym nie miała '' szóstego zmysłu ''
 Znów wzruszył ramionami.
- No i chciałem się Tobą zająć. Nie radzisz Sobie sama. No i dałem Ci kogoś do otuchy. - uśmiechnął się i w tym czasie zza jego pomnika wydało się ciche miałknięcie.
- Tise! - kot otarł mi się o nogę.
- Ładnie go nazwałaś. - spuścił głowę. - To za nim wyleciałaś z domu, to przeze mnie omal nie zginęłaś. - w jego głosie słychać było gorycz.
- Żyje, wszystko w porządku. - spojrzałam na niego z troską, podniósł głowę i uśmiechnął się blado, miałam ochotę go przytulić, tak jak kiedyś, cały żal zniknął. - Obiecałeś mi kręgle.
Zaśmiał się. A zaraz spojrzał w jakiś punkt ponad mną z ciekawością? Zachwytem?
- Widzisz to?
- Co? - obróciłam się, ale nie zobaczyłam nic nadzwyczajnego.
- To.. To takie piękne. - nieświadomie zrobił kilka kroków do przodu. - Jakby dziura, między światami, i tyle kolorów...
- Co to znaczy?
- Nie wiem... Chyba. Fila! - What?
- Babcia?!
- T-tak. Jest tam, uśmiecha się do mnie. Nie widzisz jej? - odwróciłam się w tym kierunku i pokręciłam przecząco głową. - Chyba muszę tam iść.
- Ale..
- Poradzisz Sobie, kazałem Tisowi wybiec za Kentinem, bo on jest teraz Twoją opoką. I pamiętaj zawsze...
- Będziesz mnie kochał.- uśmiechnęłam się, a on dotknął mojego policzka, w tym momencie przeszedł mnie chłód i między jego dłonią a moim policzkiem przebiegła iskra, przyjemna iskra. Złapałam za policzek, tata się uśmiechnął.
- Bardzo Cię kocham. - szepnęliśmy jednocześnie, zrobił krok do przodu i się rozpłynął.
Uklękłam, a kilka łez spłynęło po moim licu.

cmentarz:
 wyjście ze szpitala:

1 komentarz: